Związek tylko w obrębie własnego miasta? Wolność w trakcie wyjazdów służbowych i wakacji? Współczesne relacje przybierają coraz bardziej zaskakujące formy. Zjawisko, które dotychczas funkcjonowało w ukryciu, zyskało już nawet własną nazwę w języku angielskim. Eksperci ostrzegają, że pod pozorami nowoczesności kryje się stara jak świat emocjonalna niedojrzałość – informuje serwis kobieta.wp.pl.
„Seks 800 km od domu to nie zdrada”. Szokujące wyznanie 44-latki
Nowy trend w relacjach budzi kontrowersje i dzieli opinię publiczną. Jedni bronią prawa do własnych zasad w związku, inni mówią wprost o manipulacji i braku odpowiedzialności. Rzeczywistość okazuje się bardziej skomplikowana, niż mogłoby się wydawać. Problem dotyczy znacznie większej liczby par, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać.
Badania pokazują skalę zjawiska, które dotychczas pozostawało w cieniu. Statystyki nie kłamią – ponad jedna dziesiąta społeczeństwa przyznaje się do postępowania, które jeszcze niedawno byłoby nie do pomyślenia. Granice wierności zostają na nowo zdefiniowane, a tradycyjne wartości poddane rewizji.
„Zip coding” opisuje relacje z ograniczeniem geograficznym. Partnerzy zachowują się jak para tylko w określonym miejscu – zazwyczaj tam, gdzie mieszkają lub pracują. Poza tym terenem pozwalają sobie na zachowania typowe dla osób wolnych. Taki układ opiera się na lokalnej wygodzie – bliskość jest pożądana tylko wtedy, gdy nie wymaga nadmiernego wysiłku.
Wakacyjna wolność czy przemyślana strategia?
W praktyce oznacza to spotkania w tym samym mieście, ale podczas podróży służbowych, wakacji czy przeprowadzek uznawanie siebie za osoby niezwiązane. Dwanaście procent Polaków uczestniczących w badaniu Instytutu Badań Zmian Społecznych przyznało się do niewierności. Skala problemu okazuje się znacznie większa niż dotychczas sądzono.
Czterdziestoczteroletnia Sylwia nie ukrywa swojego podejścia do małżeństwa. W rozmowie z mediami przyznała, że akceptuje teorię o braku zdrady w przypadku seksu odległego od domu o 800 kilometrów. Niewierność traktuje jako zabawę, beztroskę i oznakę młodości. Przez cały rok uważa się za wzorową żonę i nadopiekuńczą matkę trójki dzieci.
Raz do roku w lipcu wyjeżdża z przyjaciółką nad morze – do Chorwacji, Grecji lub Włoch. Tradycyjnie pozwala sobie na przygodę z kimś poznanym w barze lub na imprezie. Stawia jednak warunki – adorator musi ją uwieść i ładnie pachnieć. Po powrocie, zrelaksowana, wraca do rodziny. Co zastanawiające, w komentarzach pojawiły się głosy innych kobiet myślących podobnie.
Kiedy teoria staje się bolesną rzeczywistością
Anna przez dziewięć lat budowała wspólne życie ze swoim partnerem. Mieli mieszkanie, psa i uporządkowaną codzienność. Mąż często wyjeżdżał w delegacje – do Warszawy i za granicę. Kobieta nigdy nie należała do osób kontrolujących telefon czy wypytujących o każdy szczegół. Zaufanie stanowiło fundament ich relacji.
Wszystko zmieniło się przez przypadkowe odkrycie wiadomości na laptopie partnera. W historii rozmów z komunikatora pojawiło się nieznane jej imię kobiety. Treść nie pozostawiała wątpliwości. Konfrontacja nastąpiła kilka dni później. Mężczyzna nie zaprzeczał faktom i przyznał się do romansu z koleżanką z innego oddziału podczas wyjazdu służbowego.
Jego tłumaczenie wprawiło Annę w osłupienie. Przekonywał, że wydarzenia rozgrywały się 700 kilometrów od ich miejsca zamieszkania, w innym świecie i innych realiach. Argumentował, że nie zdradził jej w ich codziennym życiu. W jego przekonaniu przygoda rozegrała się poza granicami małżeństwa. Dosłownie stwierdził, że nie może mieć pretensji o coś, co wydarzyło się tak daleko.
Barbara Wesołowska-Budka, psycholog i psychoseksuolog, właścicielka Psychokliniki – Poradnie Zdrowia Psychicznego, jednoznacznie ocenia takie myślenie w rozmowie z portalem Wirtualna Polska. Tłumaczenie zdrady odległością to wyłącznie zagłuszanie wyrzutów sumienia i racjonalizacja niewierności. Część osób uspokaja sumienie przekonaniem, że zdrada daleko od domu się nie liczy.
Nowoczesność czy stara emocjonalna niedojrzałość?
Zjawisko stanowi efekt współczesnego stylu życia łączącego intymność z maksymalną niezależnością. Coraz częściej służy jako pretekst do traktowania relacji jak lokalnych umów tymczasowych. Specjalistka podkreśla, że nie chodzi o nową filozofię, lecz starą emocjonalną niedojrzałość w nowej formie.
Ludzie ustalający różne zasady w zależności od miejsca często po prostu unikają odpowiedzialności. Trudno mówić o prawdziwej bliskości, gdy uczciwość kończy się na granicy miasta. Zjawisko wpisuje się w mechanizmy racjonalizacji i rozszczepienia moralnego. Chodzi o oddzielenie kontekstu emocjonalnego od sytuacyjnego.
Osoba stosująca taki podział minimalizuje dysonans poznawczy – wewnętrzny konflikt między wizerunkiem wiernego partnera a własnym zachowaniem. Dodatkowo działa efekt depersonalizacji przestrzennej – wydarzenia poza własnym terytorium wydają się mniej realne i mniej zobowiązujące moralnie. W erze cyfrowej granice między różnymi miejscami się zacierają, ale mózg wciąż traktuje przestrzeń jako kryterium emocjonalnego dystansu.
Takie podejście bywa przykrywką dla egoizmu i braku uczciwości. Tworzy złudne poczucie wolności, prowadząc w rzeczywistości do emocjonalnego chaosu. Problem pojawia się, gdy geografia zastępuje emocje. Jeśli związek ma znaczenie tylko przy fizycznej bliskości partnera, nie można mówić o prawdziwej więzi – to warunkowa umowa.
W takich relacjach szybko pojawiają się wypalenie, brak zaufania i przekonanie, że miłość to kwestia lokalizacji. Psychologicznie trudno usprawiedliwić takie zachowanie – stanowi ono formę emocjonalnej niedojrzałości i strategię unikania odpowiedzialności za własne uczucia oraz decyzje.
Tworzenie lokalnych zasad moralnych pozwala uniknąć konfrontacji z konsekwencjami swojego postępowania. Osoby stosujące podwójne standardy często mają problemy z internalizacją norm relacyjnych – traktują związek bardziej jako umowę społeczną niż emocjonalne zobowiązanie.


