Gdańsk od kilkunastu dni żyje tematem, który niespodziewanie rozpalił emocje nie tylko nad Bałtykiem, ale w całej Polsce. Zdjęcia i nagrania zamarzniętej Motławy obiegły internet z prędkością światła, trafiając nawet do zagranicznych mediów. Widok tłumów spacerujących po skutej lodem rzece jednych wprawia w zachwyt, innych — w autentyczne przerażenie.
Gdańsk. Motława zamknięta. Ludzie mimo to i tak wchodzą na lód
To, co rozgrywa się na gdańskiej rzece, przeszło wszelkie wyobrażenia. Rodziny z małymi dziećmi w wózkach, seniorzy, rowerzyści, miłośnicy hulajnóg, a nawet właściciele wyprowadzający czworonogi — zamarzniętą Motławę potraktowano jak dodatkowy deptak w sercu miasta. Do tego dochodzą pikniki, sesje fotograficzne i próby wiercenia w tafli, żeby sprawdzić jej grubość.
Kolejne dni tego spektaklu podgrzewały dyskusję w sieci do temperatury wrzenia. Jedni domagali się natychmiastowej interwencji służb, wskazując na nieodpowiedzialność dorosłych narażających dzieci. Drudzy odpowiadali gniewnie, broniąc prawa do swobodnej zabawy i oskarżając krytyków o nadmierną ostrożność. Apele o rozsądek trafiały w próżnię — nikt nie zamierzał rezygnować z lodowych atrakcji, a każdy kolejny dzień przyciągał na Motławę jeszcze większe tłumy.
Po dwóch tygodniach przyglądania się narastającej sytuacji miejscy urzędnicy postanowili przejść do działania. Na barierkach wzdłuż nabrzeża pojawiły się czerwone tabliczki z wyraźnym zakazem wchodzenia na Motławę. Gdański Ośrodek Sportu ogłosił na Facebooku — z niemałą dozą ironii — że nigdy nie spodziewał się konieczności wprowadzenia tak absurdalnego zakazu, jednak ludzka „kreatywność” nie pozostawiła wyboru. Rzekę zamknięto oficjalnie aż do wiosny.
Na Motławie spory ruch, ludzie jeżdżą na łyżwach. pic.twitter.com/9ELT890dpU
— Izabela (@Izabela99937910) February 1, 2026
Czerwone tabliczki i „zamknięcie do wiosny”
Jednak to nie sam zakaz okazał się najbardziej wstrząsający. Urzędnicy GOS opublikowali szczegółowe wyjaśnienie mechanizmów, które czynią motławski lód śmiertelnie niebezpiecznym. I właśnie te informacje powinny dać do myślenia każdemu, kto choć raz postawił nogę na zamarzniętej tafli.
Okazuje się bowiem, że lód rzeczny ma zaledwie połowę wytrzymałości swojego jeziornego odpowiednika. Pod pozornie stabilną powierzchnią nieustannie płynie woda ogrzana geotermalnie przez grunt i osady denne do temperatury nawet ośmiu stopni Celsjusza, która systematycznie topi taflę od spodu. Powstaje tak zwany biały lód polikrystaliczny — pełen pęcherzyków powietrza i drobnych kryształków, znacznie słabszy od gładkiego, czarnego lodu znanego z jezior.
Motława w dolnym biegu stanowi mieszankę wody słodkiej i słonej z Zatoki Gdańskiej — sól zamknięta w mikroskopijnych kieszeniach solanki sprawia, że struktura lodu przypomina porowatą gąbkę, kruchą i zdradliwą. Przy identycznej grubości wizualnej jego nośność spada dramatycznie w porównaniu z taflą na kaszubskich jeziorach. W miejscach, gdzie nurt przyspiesza — choćby przy Wyspie Spichrzów — lód jest najsłabszy, choć z wierzchu wygląda dokładnie tak samo.
Niewidzialne pułapki i widmo odwilży
To jednak nie koniec zagrożeń ukrytych pod pozornie solidną powierzchnią. Północny wiatr potrafi wtłoczyć słoną wodę bałtycką do koryta rzeki niczym tłok w cylindrze, podnosząc gwałtownie jej poziom pod lodem. Sztywna tafla przymocowana do nabrzeży, pirsów i filarów mostów ulega wówczas potężnym, niewidocznym naprężeniom — powstające pęknięcia zakrywa warstwa śniegu, a niczego nieświadomy spacerowicz może wpaść w lodową pułapkę bez jakiegokolwiek ostrzeżenia.
Dodatkowe ryzyko generują kolektory deszczowe odprowadzające cieplejszą wodę zanieczyszczoną solą drogową — tworzą się ukryte „soczewki” cienkiego lodu, kompletnie niewidoczne z góry. Betonowe nabrzeża akumulują ciepło słoneczne i oddają je wodzie, przez co przy brzegu tafla jest paradoksalnie najsłabsza. Z kolei ogrzewane jachty i houseboaty cumujące w marinach tworzą wokół siebie strefy, gdzie lód bywa ekstremalnie cienki lub nie istnieje wcale, choć z dystansu wygląda identycznie. Selfie przy żaglówce może się okazać ostatnim zdjęciem w życiu.
Urzędnicy przypominają też o aspekcie prawnym. Ustawa o obszarach morskich z 1991 roku przewiduje kary grzywny za wchodzenie na lód na terenie portów morskich, a dolny odcinek Motławy wchodzi w skład systemu portowego Gdańska. Tymczasem prognozy zapowiadają ocieplenie już w najbliższych dniach, przy którym tafla może tracić nawet dziesięć centymetrów grubości dziennie — głównie od spodu. Lód, który wczoraj utrzymywał grupę ludzi, jutro może załamać się pod jedną osobą.
Decyzja miasta natychmiast wywołała kolejną falę komentarzy. Część internautów poparła zakaz, argumentując, że dorośli swoim zachowaniem uczą dzieci lekceważenia zagrożeń — maluch zachęcony spacerem po Motławie może kiedyś wejść na inny, cieńszy akwen i dojdzie do tragedii. Inni zarzucają urzędnikom spóźnioną reakcję i ośmieszanie się zakazami wprowadzanymi po dwóch tygodniach masowych spacerów. Pojawiły się też głosy, że oblodzone chodniki stanowią dziś większe zagrożenie, a sól lepiej byłoby wysypać na ulice. Pytanie „dlaczego dopiero teraz?” powtarzało się w komentarzach najczęściej.


