Przez wiele miesięcy trwało dochodzenie, o którym niewiele osób słyszało. Amerykańska Komisja Sądownictwa Izby Reprezentantów prowadziła śledztwo, którego wyniki okazały się daleko bardziej szokujące, niż ktokolwiek mógł przypuszczać. Kiedy wreszcie opublikowano raport zatytułowany „Zagrożenie zagraniczną cenzurą”, w politycznym Waszyngtonie zawrzało.
Dokument, który wstrząsnął Waszyngtonem
Przez wiele miesięcy trwało dochodzenie, o którym niewiele osób słyszało. Amerykańska Komisja Sądownictwa Izby Reprezentantów prowadziła śledztwo, którego wyniki okazały się daleko bardziej szokujące, niż ktokolwiek mógł przypuszczać. Kiedy wreszcie opublikowano raport zatytułowany „Zagrożenie zagraniczną cenzurą”, w politycznym Waszyngtonie zawrzało.
Dokument liczy dziesiątki stron i opiera się na materiałach wewnętrznych największych firm technologicznych. Amerykańscy kongresmeni pod przewodnictwem Jima Jordana przeanalizowali tysiące zapisków, notatek i korespondencji, które odsłaniają mechanizm, jakiego skala zaskakuje nawet doświadczonych obserwatorów. Chodzi o systematyczne wywieranie nacisku przez Komisję Europejską na globalne platformy społecznościowe w celu zmiany ich zasad moderowania treści.
Najgorsze jednak dopiero nadchodzi, bo okazuje się, że Polska odegrała w tym procederze szczególną rolę. Nie jako podmiot — lecz jako obiekt działań, które trudno nazwać inaczej niż kontrolą debaty publicznej prowadzoną z poziomu Brukseli.
Polska jako poligon. Co TikTok robił przed wyborami?
Amerykańscy śledczy dotarli do wewnętrznych wytycznych platformy TikTok, które obowiązywały podczas polskiej kampanii wyborczej przed parlamentarnymi wyborami w 2023 roku. Ich treść budzi poważny niepokój. Serwis opracował specjalne instrukcje moderacyjne przeznaczone wyłącznie na okres kampanii, w ramach których określone poglądy polityczne klasyfikowano jako „teorie spiskowe” wymagające „kontrolowania”.
Konkretny przykład? Strona 105 raportu opisuje, że TikTok nakazywał swoim moderatorom cenzurowanie opinii sugerujących, iż władze mogą próbować demobilizować wyborców za pomocą restrykcji covidowych. Takie twierdzenia otrzymywały etykietę „teorii spiskowej”, co automatycznie prowadziło do ograniczania ich widoczności lub całkowitego usunięcia z platformy.
Zdaniem autorów raportu działania te nie miały charakteru incydentalnego. Stanowiły element szerszej strategii, w ramach której platformy technologiczne wyprzedzająco dostosowywały się do oczekiwań Komisji Europejskiej, jeszcze zanim unijny Akt o Usługach Cyfrowych (DSA) wszedł w pełni w życie. Cel był prosty — tłumienie narracji krytycznych wobec mainstreamu politycznego.
Nie tylko Polska. Cały region pod lupą cenzorów
Polska nie była jedynym krajem, w którym zastosowano te mechanizmy. Europa Środkowo-Wschodnia stała się swoistym laboratorium, gdzie nowe narzędzia kontroli treści testowano na szeroką skalę. Raport ujawnia analogiczne praktyki na Słowacji, gdzie pod pozorem walki z „mową nienawiści” blokowano poglądy konserwatywne dotyczące kwestii płci i migracji.
Dokumenty przytaczają konkretne przykłady cenzurowanych wypowiedzi na Słowacji — stwierdzenia dotyczące binarności płci czy sprzeciwu wobec seksualizacji dzieci były usuwane mimo tego, że sam TikTok wewnętrznie przyznawał, iż takie opinie należą do głównego nurtu słowackiej debaty politycznej. Presja ze strony Brukseli okazywała się jednak silniejsza niż lokalna rzeczywistość.
Kluczowym narzędziem nacisku były gigantyczne kary finansowe przewidziane przez DSA — sięgające sześciu procent globalnego obrotu firmy. Wewnętrzne materiały Google przytoczone przez kongresmenów odsłaniają, że korporacje technologiczne doskonale zdawały sobie sprawę, iż uczestnictwo w unijnych kodeksach „walki z dezinformacją” nie miało nic wspólnego z dobrowolnością. Firmy wiedziały, że odmowa oznacza finansową katastrofę, więc zmieniały swoje globalne regulaminy pod dyktando europejskich urzędników — co dotykało użytkowników nie tylko w Europie, ale na całym świecie.
Tomasz Wróblewski z Warsaw Enterprise Institute zwrócił uwagę, że pod hasłem przeciwdziałania rosyjskiej propagandzie zarówno rządy państw członkowskich, jak i instytucje unijne uzyskały narzędzia pozwalające wyciszać opozycję polityczną i niezależnych dziennikarzy. Jego zdaniem programy antydezynformacyjne wykorzystywano do ingerowania w procesy wyborcze, także w Polsce.
Organizacje fact-checkingowe też brały w tym udział
Raport odsłania również rolę organizacji pozarządowych i tak zwanych weryfikatorów faktów, z których część finansowały fundacje polityczne lub bezpośrednio instytucje unijne. W ramach „systemów szybkiego reagowania” podmioty te otrzymywały status zaufanych sygnalistów, co dawało im priorytetową ścieżkę do zgłaszania treści do usunięcia. Amerykańscy śledczy twierdzą, że mechanizm ten służył do uciszania krytyków polityki unijnej w obszarach takich jak klimat, migracja czy kwestie światopoglądowe.
Komisja Sądownictwa alarmuje przy tym, że skutki tych regulacji wykraczają daleko poza granice Unii Europejskiej. Skoro platformy zmieniają swoje globalne zasady pod wpływem Brukseli, to Amerykanie i obywatele innych państw spoza UE również podlegają europejskim standardom „mowy nienawiści” — znacznie surowszym niż ochrona wolności słowa gwarantowana przez Pierwszą Poprawkę do amerykańskiej konstytucji.
Autorzy raportu podsumowują dekadę działań Komisji Europejskiej jako zakrojoną na szeroką skalę kampanię zmierzającą do objęcia cenzurą globalnego internetu, której punktem kulminacyjnym stał się właśnie Akt o Usługach Cyfrowych.


