Wtorkowa konferencja prasowa marszałka Sejmu zelektryzowała polityczną Polskę. Włodzimierz Czarzasty wybrał moment nieprzypadkowo — do kluczowego terminu związanego z Krajową Radą Sądownictwa pozostały zaledwie godziny.
Czarzasty stawia Nawrockiego pod ścianą. Zegar tyka, a stawka jest ogromna
Koalicja rządząca podejmuje już drugie podejście do reformy tego organu, a poprzednia próba zakończyła się fiaskiem po orzeczeniu TK z listopada 2025 roku. Marszałek zaapelował do prezydenta Karola Nawrockiego o podpisanie nowych przepisów i jednocześnie ujawnił, co zrobi, jeśli nie doczeka się reakcji.
Pod koniec stycznia Sejm przegłosował projekt, który przewiduje fundamentalną zmianę sposobu wyboru piętnastu sędziów zasiadających w KRS — zamiast parlamentarzystów zdecyduje o tym środowisko sędziowskie. Przy Radzie ma powstać organ społeczny zapewniający obywatelom transparentny wgląd w jej działanie.
Kandydować będą mogli sędziowie z minimum dziesięcioletnim stażem orzeczniczym i co najmniej pięcioletnim w obecnym sądzie. Takie kryteria otwierają drogę również części sędziów awansowanych z udziałem obecnej KRS ponad pięć lat temu. Prawo głosu otrzymają wszyscy czynni sędziowie.
Pierwszą próbę reformy podjęto za kadencji ministra Adama Bodnara — uchwalona latem 2024 roku nowelizacja zakładała wygaszenie mandatów i zablokowanie kandydowania sędziom powołanym po 2017 roku. Prezydent Duda skierował ją do TK, który uznał przepisy za niekonstytucyjne.
Marszałek ocenił nową regulację jako gwarantującą obywatelom prawo do sądu i ograniczającą przewlekłość postępowań. Zapowiedział, że jeżeli prezydencki podpis nie pojawi się w terminie, w ciągu dwóch dni wyda obwieszczenie uruchamiające procedurę wyboru nowych członków KRS.
Przyznał jednocześnie, że przepisy, na podstawie których będzie zmuszony działać, nie są idealne. Kadencja obecnych sędziów-członków Rady wygasa 12 maja, a 11 lutego mija termin rozpisania wyborów. Zegar tyka — i to bardzo głośno.


