Niektóre z tych wypowiedzi stały się legendarne, inne – zaskakująco przyziemne. Część nigdy nie padła, choć powtarzamy je od stuleci. Ostatnie wypowiedziane słowa to jednocześnie okno na duszę człowieka i lustro epoki, w której żył. Warto przyjrzeć się im uważnie – nie tylko jako ciekawostkom, ale jako świadectwom tego, co naprawdę liczy się u kresu drogi.
Ostatnie słowa znanych ludzi przed śmiercią. Naukowcy mają swoją teorię
Fascynacja ostatnimi słowami sięga starożytności. Rzymianie zapisywali je skrupulatnie, traktując jako rodzaj testamentu moralnego. W średniowieczu ars moriendi – sztuka dobrego umierania – była osobną dyscypliną, a ostatnie słowa świętych i władców kształtowały tożsamość całych narodów. Dziś, gdy śmierć została zepchnięta do szpitalnych korytarzy, te cytaty pozostają jednym z nielicznych mostów łączących nas z ludzkim doświadczeniem odchodzenia.
Paradoksalnie, jedne z najbardziej poruszających ostatnich słów wypowiedzieli ludzie, którzy całe życie poświęcili racjonalnemu poznaniu świata. Albert Einstein zmarł 18 kwietnia 1955 roku w szpitalu w Princeton.
W ostatnich chwilach wymamrotał kilka zdań po niemiecku – ale jego nocna pielęgniarka nie znała tego języka. Ostatnie słowa jednego z największych umysłów w historii ludzkości przepadły bezpowrotnie. Zachowało się natomiast jego wcześniejsze oświadczenie, gdy odmówił operacji pękniętego tętniaka: „Chcę odejść, kiedy chcę. Przedłużanie życia w sztuczny sposób jest niesmaczne. Zrobiłem swoje, czas odejść. Zrobię to elegancko”.
Zupełnie inaczej pożegnał się ze światem Karol Darwin. Umierając 19 kwietnia 1882 roku w swoim domu w Down House, zwrócił się do żony Emmy słowami, które nie mają w sobie nic z naukowego geniuszu, a wszystko z ludzkiego ciepła: „Nie boję się śmierci ani trochę. Pamiętaj, jak dobrą żoną dla mnie byłaś. Powiedz wszystkim moim dzieciom, żeby pamiętali, jak dobrzy dla mnie byli”. Te słowa, potwierdzone przez samą Emmę i dzieci Darwina, obalają zarazem uporczywy mit o rzekomym wyrzeczeniu się teorii ewolucji na łożu śmierci – historię zmyśloną przez nieobecną przy jego śmierci Lady Hope.
Najsłynniejsze ostatnie słowa starożytnego uczonego należą do Sokratesa. Skazany na śmierć przez wypicie cykuty, filozof zwrócił się do przyjaciela: „Krytonie, winniśmy koguta Asklepiosowi. Proszę, nie zapomnijcie oddać tego długu”. Asklepios był bogiem zdrowia i uzdrawiania – przez wieki uczeni debatowali, czy Sokrates traktował śmierć jako „uzdrowienie” z choroby, jaką jest życie, czy po prostu pamiętał o zapomnianej ofierze. To zdanie, zapisane przez Platona w dialogu „Fedon”, pozostaje jedną z najbardziej wieloznacznych wypowiedzi w dziejach filozofii.
Jeszcze dalej w przeszłość sięga historia Archimedesa, który zginął w 212 roku p.n.e. podczas oblężenia Syrakuz w trakcie drugiej wojny punickiej. Według przekazu, gdy rzymski żołnierz podszedł do niego z rozkazem, matematyk był tak pochłonięty geometrycznym diagramem rysowanym na piasku, że warknął: „Nie ruszaj moich kręgów!”. Żołnierz, obrażony brakiem posłuszeństwa, zabił go na miejscu. Prawdziwość tej anegdoty bywa kwestionowana, ale jej siła symboliczna jest bezsporna – Archimedes umarł tak, jak żył: zanurzony w matematyce, niedostępny dla zwykłego świata.
Maria Skłodowska-Curie, umierając 4 lipca 1934 roku na anemię aplastyczną wywołaną latami narażenia na promieniowanie, podobno w gorączce i majaczeniu nie potrafiła odróżnić opieki medycznej od pracy laboratoryjnej. Według relacji opartej na biografii autorstwa jej córki Ewy zapytała: „Czy to zostało zrobione radem, czy mezotorem?”. Nawet na progu śmierci jej umysł nie opuszczał laboratorium – choć dokładne brzmienie tych słów pozostaje niepewne.
Isaac Newton, umierający w 1727 roku, pożegnał się słowami pełnymi zaskakującej pokory: „Nie wiem, kim mogę się wydawać światu. Ale sobie samemu wydaję się być jedynie chłopcem bawiącym się na brzegu morza, znajdującym tu i ówdzie gładszy kamyk albo ładniejszą muszelkę, podczas gdy wielki ocean prawdy leżał przede mną całkowicie nieodkryty”. To zdanie od człowieka, który sformułował prawa ruchu i grawitacji oraz współtworzył rachunek różniczkowy, brzmi jak akt pokory wobec nieskończoności wiedzy. Newton widział wyraźniej niż ktokolwiek inny, jak wiele jeszcze pozostaje do odkrycia.
Richard Feynman, genialny fizyk i noblista, podszedł do śmierci ze swoim charakterystycznym luzem. Umierając na raka w 1988 roku w Los Angeles, powiedział: „Nie chciałbym umierać dwa razy. To umieranie jest nudne”. To zdanie idealnie oddaje osobowość Feynmana – człowieka, który potrafił znaleźć humor i ciekawość nawet w obliczu końca.
Benjamin Franklin, jeden z Ojców Założycieli Stanów Zjednoczonych, umierał w 1790 roku w wieku 84 lat. Gdy córka poprosiła go, by zmienił pozycję w łóżku, żeby łatwiej mu się oddychało, odpowiedział z typową dla siebie lakoniczną mądrością: „Umierający człowiek nie potrafi zrobić niczego z łatwością”. Pogrzeb Franklina przyciągnął ponad dwadzieścia tysięcy ludzi – przy ówczesnej liczbie mieszkańców Filadelfii wynoszącej zaledwie dwadzieścia osiem tysięcy.
Karol Marks pożegnał się ze światem z charakterystyczną dla siebie agresywną ironią. Gdy gospodyni poprosiła go o przekazanie ostatnich słów, aby mogła je zapisać dla potomności, krzyknął: „Wynoś się! Ostatnie słowa są dla głupców, którzy nie powiedzieli dość!”. Z kolei Steve Jobs, wizjoner technologii, odszedł 5 października 2011 roku, patrząc ponad ramionami bliskich i powtarzając z niedowierzaniem: „OH WOW. OH WOW. OH WOW” – słowa potwierdzone przez jego siostrę Monę Simpson w mowie pogrzebowej opublikowanej w „New York Timesie”.
Artyści umierają tak, jak żyli
Jeśli naukowcy na łożu śmierci szukali sensu, artyści szukali piękna – albo przynajmniej dobrej pointy. Johann Wolfgang von Goethe wypowiedział 22 marca 1832 roku prawdopodobnie najsłynniejsze dwa słowa w historii literatury: „Mehr Licht!” – „Więcej światła!”. Generacje interpretatorów widziały w tym wezwanie do oświecenia, metaforę triumfu rozumu nad ciemnością. Prawda jest prozaiczna: pełne zdanie brzmiało „Otwórzcie też drugą okiennicę w pokoju, aby więcej światła mogło wejść”. Goethe po prostu chciał, żeby było jaśniej. To jednak nie umniejsza siły tego cytatu – czasem najgłębsze symbole rodzą się z najprostszych gestów.
Leonardo da Vinci zmarł 2 maja 1519 roku w małym dworku Clos Lucé pod Amboise we Francji. Według Giorgia Vasariego, biografa renesansowych artystów, twórca Mony Lisy miał powiedzieć: „Obraziłem Boga i ludzkość, ponieważ moja praca nie osiągnęła jakości, jaką powinna”. Vasari opisał również dramatyczną scenę śmierci w ramionach króla Franciszka I, choć historycy od dawna kwestionują tę relację – dwór królewski przebywał wtedy ponad dwieście kilometrów dalej. Niezależnie od autentyczności cytatu, Leonardo do końca życia mierzył się z własnym perfekcjonizmem – człowiek, który stworzył arcydzieła, umarł z poczuciem, że zrobił za mało.
Ludwig van Beethoven, głuchy geniusz, umierał w Wiedniu w marcu 1827 roku. Gdy 24 marca dotarła do niego przesyłka wina od wydawcy, wyszeptał: „Szkoda, szkoda, za późno!” – nie był już w stanie go wypić. Według mniej pewnych relacji wcześniej tego dnia wypowiedział po łacinie tradycyjną formułę kończącą przedstawienia komedii dell’arte: „Plaudite, amici, comoedia finita est” – „Oklaskujcie, przyjaciele, komedia się skończyła”. Zmarł dwa dni później, podczas burzy.
Fryderyk Chopin, umierający na gruźlicę w Paryżu 17 października 1849 roku, nie myślał o muzyce, lecz o jednym z najstarszych ludzkich lęków. Błagał siostrę Ludwikę: „Ziemia mnie dusi. Zaklinam was, każcie otworzyć moje ciało, abym nie był pogrzebany żywcem”. Ludwika spełniła prośbę – serce Chopina wyjęto po śmierci, zakonserwowano w koniaku i przemycono do Polski, gdzie spoczywa do dziś w filarze kościoła Świętego Krzyża w Warszawie.
Oscar Wilde pożegnał się ze światem w nędznym paryskim hotelu zdaniem godnym swojego geniuszu: „Moja tapeta i ja toczymy walkę na śmierć i życie. Jedno z nas musi odejść”. Historycy precyzują, że te słowa padły kilka tygodni przed śmiercią 30 listopada 1900 roku, a faktycznie ostatnimi były słowa katolickiej modlitwy – Wilde przyjął chrzest na łożu śmierci. Ale to tapeta przeszła do historii.
Jedną z najbardziej przejmujących scen śmierci w historii literatury przeżył Anton Czechow. W niemieckim uzdrowisku Badenweiler 15 lipca 1904 roku pisarz usiadł „niezwykle prosto” i powiedział głośno po niemiecku – języku, którego prawie nie znał – jedno słowo: „Ich sterbe” – „Umieram”. Lekarz, wiedząc, że nic więcej nie może zrobić, zamówił szampana. Czechow przyjął kieliszek, uśmiechnął się i powiedział: „Dawno nie piłem szampana”. Wypił, położył się na lewym boku i odszedł. W pokoju zostały cisza, butelka szampana i ćma tłukąca się o żarówkę.
Franz Kafka, umierający na gruźlicę krtani w 1924 roku, nie mógł jeść, pić ani prawie mówić. Jego ostatnie słowa, skierowane do przyjaciela Roberta Klopstocka, były rozpaczliwą prośbą o eutanazję: „Daj mi zastrzyk, zabij mnie, albo jesteś mordercą!”. Sir Arthur Conan Doyle, twórca Sherlocka Holmesa, zmarł w 1930 roku w swoim ogrodzie w wieku 71 lat. W przeciwieństwie do swojego racjonalnego bohatera literackiego Doyle pod koniec życia był głęboko zaangażowany w spirytualizm. Jego ostatnie słowa, skierowane do żony, były jednak zupełnie przyziemne i pełne ciepła: „Jesteś wspaniała”. Potem chwycił się za pierś i odszedł.
Władcy żegnają się z historią
Ostatnie słowa polityków i przywódców mają szczególny ciężar – padają bowiem w kontekście władzy, wojen i losów narodów. Napoleon Bonaparte umierał 5 maja 1821 roku na Wyspie Świętej Heleny, majacząc w gorączce. Z jego ust padały strzępy tego, co stanowiło sens jego życia: „Francja… armia… na czele armii… Józefina”. Nawet w agonii nie opuścił go obraz pierwszej żony, która zmarła siedem lat wcześniej.
Maria Antonina, wchodząc na szafot 16 października 1793 roku, przypadkiem nadepnęła na stopę kata. Jej ostatnie słowa to odruchowe: „Przepraszam, proszę pana. Nie zrobiłam tego celowo”. Dworska etykieta przetrwała nawet gilotynę.
Winston Churchill odszedł 24 stycznia 1965 roku, dziewięć dni po tym, jak wypowiedział swoje ostatnie świadome zdanie: „Już mnie to wszystko nudzi”. Tymczasem cesarz August, pierwszy władca Imperium Rzymskiego, porównał swoje panowanie do przedstawienia teatralnego: „Czy dobrze zagrałem swoją rolę? Więc oklaskujcie mnie, gdy wychodzę” – po czym zwrócił się do żony Liwii ze słowami: „Pamiętaj o naszym małżeństwie – żegnaj”.
Niezwykły zbieg okoliczności łączy dwóch Ojców Założycieli Stanów Zjednoczonych. Thomas Jefferson i John Adams – przyjaciele, rywale, prezydenci – zmarli tego samego dnia: 4 lipca 1826 roku, dokładnie w pięćdziesiątą rocznicę podpisania Deklaracji Niepodległości. Jefferson, budząc się wieczorem, zapytał: „Czy to już Czwarty?”. Adams, umierając kilka godzin później i nie wiedząc o śmierci przyjaciela, wyszeptał: „Thomas Jefferson żyje”.
Mahatma Gandhi zginął od kul zamachowca 30 stycznia 1948 roku w Nowym Delhi, idąc na spotkanie modlitewne. Według większości biografów, gdy trzy kule trafiły go w pierś, z ust Gandhiego padły słowa: „Hé Ram” – „O Boże” (dosłownie „O Ramo”). Te słowa widnieją na jego grobowcu na Radź Ghat. Jednak V. Kalyanam, jeden z jego współpracowników, twierdził później, że Gandhi zginął natychmiast i nie zdążył nic powiedzieć. Niezależnie od tego sporu, Gandhi wcześniej sam wyrażał pragnienie, by umrzeć z imieniem Boga na ustach – i jeśli słowa te padły, spełniło się jego najgłębsze życzenie.
Wśród polskich postaci historycznych najlepiej udokumentowane są ostatnie słowa Jana Pawła II. Papież, umierający 2 kwietnia 2005 roku, powiedział słabym głosem po polsku: „Pozwólcie mi odejść do domu Ojca”. Jego ostatnim wypowiedzianym wyrażeniem było „Totus Tuus” – dewiza całego pontyfikatu. Zachowała się też notatka napisana po tracheotomii: „Co wy mi zrobiliście?! Ale… Totus Tuus” – zdanie pokazujące wewnętrzną walkę między ludzkim sprzeciwem wobec cierpienia a ostatecznym poddaniem się woli Bożej.
Muzycy i ikony popkultury
Bob Marley, król reggae, przegrał walkę z czerniakiem złośliwym 11 maja 1981 roku w szpitalu w Miami. Miał zaledwie trzydzieści sześć lat. Jego ostatnie słowa, skierowane do dziewięcioletniego syna Stephena, brzmiały: „Za pieniądze nie kupisz życia”.
Kilka dni wcześniej odwiedził go dwunastoletni Ziggy, który zajrzał przez okno sali intensywnej terapii. Marley zawołał go do siebie i powiedział: „Ej, młody Bob, mam dla ciebie piosenkę” – i wyrecytował: „Na drodze w górę, zabierz mnie ze sobą. Na drodze w dół, nie pozwól mi spaść”. Te słowa stały się drogowskazem dla całej rodziny Marleyów i dla pokoleń fanów, dla których muzyk pozostaje symbolem walki o sprawiedliwość i miłość.
Harriet Tubman, bohaterka ruchu abolicjonistycznego, która osobiście przeprowadziła setki niewolników ku wolności szlakiem zwanym Underground Railroad, umierała w 1913 roku otoczona rodziną. Najpierw wspólnie zaśpiewali hymn. Potem Tubman zebrała siły i powiedziała: „Przekażcie moją miłość Kościołom. Powiedzcie kobietom, żeby stały twardo. Idę przygotować wam miejsce”. Nawet na łożu śmierci myślała o tych, którzy zostaną po niej – i o walce, która miała trwać dalej.
Gdy ostatnie słowa wywołują uśmiech
Nie wszyscy odchodzili z powagą. Generał John Sedgwick, dowódca wojsk Unii podczas wojny secesyjnej, zginął od kuli snajpera chwilę po tym, jak upomniał żołnierzy: „Z tej odległości nie trafiliby nawet w słonia”. Heinrich Heine, umierając w Paryżu, odpowiedział księdzu nalegającemu na pojednanie z Bogiem: „Bóg mi wybaczy. To Jego zawód”. Dominique Bouhours, francuski gramatyk, nawet na łożu śmierci nie mógł powstrzymać się od korekty językowej – debatował nad poprawną odmianą czasownika „umierać” po francusku. A Humphrey Bogart westchnął: „Nigdy nie powinienem był przechodzić ze szkockiej na martini”.
Voltaire, wielki filozof oświecenia, umierał 30 maja 1778 roku w Paryżu. Wcześniej tego samego roku, przekonany, że nadchodzi koniec, napisał deklarację: „Umieram, wielbiąc Boga, kochając przyjaciół, nie nienawidząc wrogów i gardząc przesądami”. Dożył jednak jeszcze trzech miesięcy. Gdy wreszcie umierał naprawdę, a ksiądz wezwał go do wyrzeczenia się szatana, Voltaire miał odpowiedzieć: „Teraz nie czas na zdobywanie nowych wrogów”. Historycy od ponad dwustu lat spierają się, czy te słowa padły naprawdę – ale idealnie pasują do człowieka, który całe życie poświęcił walce z przesądami za pomocą dowcipu.
Chirurg Joseph Henry Green z kolei umarł w sposób godny lekarza – badał własny puls, a gdy serce przestało bić, wypowiedział jedno słowo: „Stanęło”. Thomas Fantet de Lagny, francuski matematyk, zapytany na łożu śmierci o kwadrat liczby dwanaście, odpowiedział bez wahania: „Sto czterdzieści cztery” – i umarł. Nawet agonia nie powstrzyma matematyka od podania prawidłowej odpowiedzi.
Co mówią o nas nasze ostatnie zdania?
Przeglądając te cytaty – potwierdzone i legendarne, wzniosłe i komiczne – trudno nie zauważyć pewnego wzorca. Na progu śmierci ludzie nie mówią o swoich osiągnięciach. Darwin mówi o żonie. Napoleon – o Józefinie. Goethe chce światła. Chopin boi się ciemności grobu. Bob Marley przypomina synowi, że pieniądze nie dają życia. Harriet Tubman myśli o kobietach, które zostawia za sobą. W ostatniej chwili wracamy do tego, co najbardziej ludzkie: do miłości, lęku, humoru i pragnienia, by zostać zapamiętanym.
Warto też pamiętać, że wiele „ostatnich słów” to konstrukcje literackie lub propagandowe. Słynne „I ty, Brutusie?” jest wynalazkiem Szekspira. „Finis Poloniae” Kościuszki to zmyślenie, które sam bohater zdementował. Nawet „Więcej światła” Goethego to romantyczny skrót – oryginał dotyczył okiennic. Legenda o Leonardzie umierającym w ramionach króla Francji prawdopodobnie też jest mitem. Nie zmienia to jednak faktu, że te cytaty żyją własnym życiem, niosąc prawdy głębsze niż historyczna dokładność.
Być może najuczciwiej ze wszystkich pożegnał się Karol Marks – odmawiając gry w ostatnie słowa, bo uważał, że powiedział już wystarczająco. Albo Newton, który w chwili śmierci widział nie swoje odkrycia, lecz nieskończony ocean tego, czego nie zdążył poznać. Albo Steve Jobs, którego trzykrotne „OH WOW” sugeruje, że to, co zobaczył w ostatniej chwili, przerosło wszelkie oczekiwania. Nie dowiemy się nigdy, co ujrzał. Ale samo zdumienie – ten najpierwotniejszy ludzki odruch – jest chyba najpiękniejszym możliwym pożegnaniem ze światem.


