in ,

Sztuczna inteligencja zabierze nam nie tylko pracę. Weźmie coś dużo cenniejszego

Sztuczna inteligencja nie zabierze nam tylko pracy. Zabierze coś znacznie cenniejszego – zdolność odróżniania fikcji od rzeczywistości, a miliardy ludzi nawet tego nie zauważą.

czy sztuczna inteligencja zabierze nam pracę
Fot. Depositphotos

Coś niepokojącego dzieje się tuż pod naszymi nosami i większość z nas kompletnie tego nie dostrzega. Eksperci od lat biją na alarm, ale ich głos tonie w oceanie memów, krótkich filmików i algorytmicznych podpowiedzi. Tymczasem zmiany nadchodzące wraz z rozwojem sztucznej inteligencji mogą okazać się najbardziej przełomowe od czasów wynalezienia druku – tyle że tym razem konsekwencje będą diametralnie inne i znacznie bardziej niepokojące.

Na to nikt nie był przygotowany. Nadciąga era, która zmieni wszystko – i to nie tak, jak myślisz

Zanim jednak przejdziemy do sedna, warto cofnąć się o krok i przyjrzeć się temu, jak znaleźliśmy się w punkcie, w którym jesteśmy. Obecna sytuacja nie spadła z nieba – narastała latami, dekadami, a właściwie stuleciami. Każdy kolejny skok technologiczny dawał ludzkości nowe możliwości, ale jednocześnie odbierał coś, czego utrata nie była od razu widoczna. Dopiero teraz, gdy puzzle zaczynają się układać w całość, obraz robi się naprawdę alarmujący.

Nie chodzi tu o katastroficzne wizje rodem z hollywoodzkich produkcji, choć popkulturowe analogie same się narzucają. Chodzi o coś znacznie bardziej subtelnego i przez to groźniejszego – o proces, który już trwa, dotyka praktycznie każdego i który sztuczna inteligencja zamierza doprowadzić do ostatecznych konsekwencji. Większość ludzi dobrowolnie w to wchodzi, nie zdając sobie sprawy z ceny, jaką przyjdzie zapłacić.

Przez tysiąclecia ludzie funkcjonowali w gęstych sieciach relacji. Wielopokoleniowe rodziny pod jednym dachem, sąsiedzi znający się od urodzenia, lokalne społeczności – tak wyglądała norma. Potem technologia zaczęła tę normę systematycznie demontować. Maszyny zastąpiły wspólną pracę na roli i w warsztacie.

Książki i szkolna edukacja zmniejszyły zależność od doświadczenia najstarszych pokoleń. Rodzina skurczyła się do rodziców z dziećmi, a następnie pojawiło się masowe zjawisko życia w pojedynkę. Kiedyś samotna egzystencja była skrajnie trudna z czysto praktycznych powodów – trudno było samemu się wyżywić, ogrzać, przetrwać. Do tego dochodził aspekt biologiczny – nasz gatunek po prostu nie jest stworzony do długotrwałej izolacji.

Samotność, której nikt nie zamówił, ale wszyscy ją dostali

A jednak coraz więcej osób żyje dziś jak single, nawet jeśli formalnie dzielą dach z kimś bliskim. Większość wolnego czasu pochłania indywidualna konsumpcja treści płynących z ekranów. Od momentu wynalezienia maszyny drukarskiej ludzie zaczęli doświadczać kultury bez konieczności fizycznego uczestnictwa – mogli czytać w samotności zamiast słuchać opowieści przy ognisku. Każdy kolejny nośnik – radio, telewizja, internet – czynił samotne spędzanie czasu coraz bardziej atrakcyjnym. Dziś do drukowanych słów doszły obrazy, filmy, dźwięki angażujące wszystkie zmysły, a na horyzoncie widać już technologie dostarczające bodźców dotykowych i zapachowych.

Ktoś powie: ale przecież media społecznościowe miały nas zbliżać! I rzeczywiście – dały możliwość natychmiastowego kontaktu z ludźmi na całym globie, rozmów twarzą w twarz na odległość tysięcy kilometrów. Problem polega na tym, że mechanizm działa odwrotnie niż zakładano. Sieciowa komunikacja zbliża nas z nieznajomymi, ale oddala od najbliższych. Znajomości nawiązywane online niezwykle rzadko przeradzają się w prawdziwie głębokie relacje.

Efekt końcowy tej karuzeli kontaktów okazuje się druzgocący – człowiek zostaje z setkami powierzchownych znajomości i pogłębiającą się samotnością w prawdziwym życiu. Zaburzony zostaje naturalny, biologiczny rytm naszego gatunku, który opiera się na funkcjonowaniu w niewielkiej grupie dobrze znanych osób, z którymi spędza się większość dnia i prowadzi nieustanne interakcje. Ten sposób komunikacji międzyludzkiej, tak dalece odbiegający od tego, do czego ewolucja nas przygotowała, stanowi prawdopodobnie główne źródło problemów psychicznych i emocjonalnych współczesnego człowieka. Takie życie – w małym stadzie bliskich ludzi, w ciągłej, żywej relacji – prowadzi dziś garstka z nas.

Do samotności dochodzi drugie, równie destrukcyjne zjawisko – masowe przebodźcowanie. Ekrany zalewają nas niekończącym się potokiem informacji, które śmieszą, oburzają, intrygują, wzruszają, wywołują wściekłość i podniecenie. Nie ma znaczenia, jaki konkretnie charakter mają te emocje – ważne, że są silne, natychmiastowe i darmowe. Działają jak narkotyk. Dlatego poświęcamy im każdą wolną chwilę, przesuwając palcem po ekranie w poszukiwaniu kolejnej dawki. A kiedy przychodzi zmęczenie tym szumem, spotkanie z żywym człowiekiem wcale nie staje się pierwszym wyborem – jest wysiłkiem, od którego się odzwyczailiśmy.

Narkotyk, który podaje się sam i bańki, z których nie ma wyjścia

I tu pojawia się trzeci element układanki. Przebodźcowana, chaotyczna rzeczywistość wirtualna pcha nas instynktownie ku poczuciu przynależności. Algorytmy błyskawicznie wychwytują nasze preferencje i serwują treści potwierdzające to, co już myślimy. Tak trafiamy do internetowych plemion – baniek skupionych wokół określonych teorii, przekonań, postaci. Niektóre bywają wartościowe, ale ogromna część opiera się na zestawach całkowicie oderwanych od rzeczywistości poglądów.

Wystarczy zobaczyć wystarczająco wielu ludzi, którzy w coś gorąco wierzą, wysłuchać wystarczająco wielu przekonujących opowieści – a większość z nas jest gotowa to zaakceptować i przylgnąć do takiego plemienia, zakładając okulary upraszczające skomplikowaną rzeczywistość. To właśnie tutaj zaczyna się prawdziwy dramat naszych czasów. Ludzkość wchodzi w stany zbiorowej psychozy, która nie ma jednego konkretnego oblicza ideologicznego. To zjawisko techno-biologiczne – nawyk codzienny, praktyka, w którą wpadamy niezależnie od poglądów.

Zdolności technologiczne rozwinęły się do punktu, w którym masowo niszczą zdrowie psychiczne i emocjonalne, a mechanizm algorytmów i baniek upośledza zdolności poznawcze zamiast je rozwijać. Co gorsza, po raz pierwszy od początku epoki nowożytnej najmłodsze pokolenie – wychowane z ekranami – wykazuje spadek umiejętności intelektualnych w porównaniu z rodzicami. Wielowiekowy trend, w którym każda kolejna generacja przewyższała poprzednią, właśnie się odwrócił.

Najgroźniejsza choroba, o której nikt nie chce mówić

I oto wkracza sztuczna inteligencja, która nie tworzy nowych problemów, lecz doprowadza istniejące do skrajności. Internetowe plemiona zyskują nieporównanie doskonalsze narzędzia do kreowania własnych wersji rzeczywistości – za pomocą generowanych tekstów, obrazów, filmów i dźwięków. Ci, którzy zarządzają poszczególnymi bańkami, dostają potężniejszy oręż do manipulacji, a ich odbiorcy stają się jeszcze bardziej bezbronni, coraz gorzej odróżniając fakty od fikcji.

Jednocześnie mniejszość, która posiada aparat intelektualny i emocjonalny do weryfikowania informacji, korzysta z AI jako bezcennego narzędzia – zwiększa swoje zdolności analityczne, poprawia efektywność, pogłębia wiedzę ekspercką. Powstaje przepaść między tymi, którzy posługują się technologią jak narzędziem – odkładając je na półkę po skończonej pracy – a tymi, którzy są przez nią prowadzeni na wirtualnej smyczy i nie potrafią się od niej oderwać.

AI stanie się dla wielu podstawowym rozmówcą, przyjacielem, a nawet życiowym partnerem, uwalniając ich od potrzeby jakiegokolwiek regularnego kontaktu z żywymi ludźmi. Paradoksalnie zagraża to również wspomnianym ekspertom – bo czym innym jest trzeźwa analiza rzeczywistości, a czym innym zachowanie zdrowia psychicznego i emocjonalnego w coraz bardziej wyalienowanym otoczeniu. Te dwie kompetencje wcale nie muszą iść ze sobą w parze.

Ten podział ma charakter kastowy i rysuje się z coraz większą ostrością. Czasy największej równości, choć zawsze była ona do pewnego stopnia pozorna, odchodzą w przeszłość. Druk dał niegdyś milionom dostęp do informacji i radykalnie zmniejszył dystans świadomości między elitami a resztą społeczeństwa – na tym fundamencie wyrosła nowożytna demokracja.

Internet i media społecznościowe umożliwiły kolejną falę oddolnych zmian. Ale teraz mechanizm zaczyna pracować przeciwko większości. Eksperckie dyskursy toczą się równolegle do masowych debat – mają inną prędkość, gęstość, charakter i dotyczą ułamka społeczeństwa. AI pogłębia tę przepaść – jednym daje skrzydła, drugich pogrąża w coraz gęstszych iluzjach.

Czy sztuczna inteligencja zabierze nam pracę? W co jeszcze uderzy?

Sztuczna inteligencja uderza jednak jeszcze w jedno miejsce – to, o którym najtrudniej rozmawiać. Bezdzietność narasta na całym globie w tempie, które powinno budzić najwyższy niepokój, a mimo to unika się nazywania jej chorobą cywilizacyjną – głównie po to, by nikogo nie urazić. Tymczasem spełnia ona wszelkie kryteria tej kategorii: nie wynika z czynnika patogennego, lecz ze stylu życia i warunków otaczającej rzeczywistości, ma charakter masowy i rosnący, a jej konsekwencje są zarówno jednostkowe, jak i społeczne oraz ekonomiczne.

Choroby cywilizacyjne to efekt uboczny dynamicznych przemian społecznych i ekonomicznych – nie nabywamy ich od wirusa, lecz wraz z komfortem i konsumpcjonizmem współczesności. Reprodukcja to nadrzędny biologiczny cel każdego organizmu, a jej masowe upośledzenie – niezależnie od indywidualnych, zawsze złożonych przyczyn w poszczególnych przypadkach – stanowi zjawisko cywilizacyjne najwyższej wagi.

Oczywiście, bezdzietne osoby istniały w społeczeństwach od zawsze i pewna ich liczba jest całkowicie naturalna. O chorobie cywilizacyjnej decyduje jednak nie jednostkowy przypadek, lecz skala i dynamika wzrostu zjawiska. A ta rośnie pod każdą szerokością geograficzną w zastraszającym tempie. Technologicznie napędzana samotna konsumpcja czasu wolnego zmiatała dotąd pojedyncze osoby, ale zaczyna zmiatać całe rodziny, rody i społeczności.

Dawniej osoby bezdzietne przynajmniej żyły w otoczeniu wspólnoty, która przechowywała pamięć o nich po śmierci – a pamięć wspólnoty stanowi obok potomstwa drugi klasyczny, znany od starożytności sposób na doczesną ciągłość. Dziś, gdy wszelkie wspólnoty obumierają, nawet ta forma przetrwania zanika.

Żaden masowy bunt przeciwko AI nie nadciąga

Ludzkość nie stoi więc przed scenariuszem z filmów science fiction, w których myślące maszyny siłą zniewalają gatunek ludzki. Sytuacja jest paradoksalnie groźniejsza – matrixy fundujemy sobie sami, a maszyny dostarczają do tego perfekcyjną infrastrukturę. Najskuteczniejsza pułapka nie polega na zaganianiu ofiar siłą, lecz na oferowaniu przynęty tak atrakcyjnej, że ludzie sami do niej ciągną.

Tą przynętą jest niekończąca się karuzela silnych emocji, darmowa i dostępna o każdej porze. Ile tego narkotyku ostatecznie zażyjemy – o tym każdy decyduje sam, przynajmniej teoretycznie. Żaden masowy bunt przeciwko AI nie nadciąga – technologia będzie tylko potężniejsza, zmieniając gospodarkę, kulturę, politykę i relacje społeczne. Nadchodzące lata odsłonią rzeczywistość, jakiej nikt z nas jeszcze nie widział.

Być może medycyna dokona przełomów, a kurczącą się populację uda się wreszcie nakarmić. Ale pytania o sens życia jednostek i przyszłość społeczeństw będą doskwierać ludzkości z intensywnością niespotykaną w dotychczasowych dziejach. Od indywidualnego wysiłku zależy, po której stronie nowego podziału się znajdziemy – choć szanse już na starcie nie są równe.

samotni rodzice forum

Skarbówka kontroluje samotne matki. Kontrolerzy pukają do drzwi mieszkań

gawkowski biuro poselskie

PILNE. Media ujawniły, co planuje rząd. Zakazem zostaną objęte wszystkie dzieci