Gdy informacja o zamknięciu kluczowego szlaku morskiego obiegła świat, analitycy energetyczni zamarli. Giełdy zareagowały nerwowo, rządy kilku państw w trybie pilnym wydały ostrzeżenia dla flot. To, co rozgrywa się na wodach Bliskiego Wschodu, może mieć bezpośrednie przełożenie na codzienne życie milionów ludzi – w tym tankujących auta przy polskich dystrybutorach.
Zatrzęsły się fundamenty światowej energetyki. Polska może to boleśnie odczuć
Sygnały napięcia docierały od jakiegoś czasu, ale skala wydarzeń z soboty 28 lutego zaskoczyła nawet doświadczonych obserwatorów regionu. Irański Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej nadał komunikaty radiowe skierowane do statków w Zatoce Perskiej. Przekaz był jednoznaczny – żadna jednostka nie ma prawa korzystać z Cieśniny Ormuz. Treść tych komunikatów potwierdził Farhad Patel, dyrektor agencji żeglugowej Sharaf z Dubaju.
Reakcja społeczności międzynarodowej była natychmiastowa. Grecja i Wielka Brytania wydały zalecenia dla swoich marynarzy, nakazując omijanie nie tylko samej cieśniny, ale też Zatoki Perskiej i Zatoki Omańskiej. Atmosfera wokół kryzysu gęstnieje, a najpoważniejsze konsekwencje mogą dopiero nadejść.
Wąskie gardło globalnej energetyki. Ormuz to nie jest zwykła cieśnina
Cieśnina Ormuz to miejsce, o którym większość ludzi nie myśli na co dzień, a które wprost decyduje o cenie ogrzewania i tankowania. Przez ten wąski pas wody – którego północna część leży pod jurysdykcją Iranu – przepływa jedna szósta globalnych dostaw ropy naftowej i około jednej trzeciej światowego transportu skroplonego gazu (LNG).
@kobywatelska ❌ STOP DEZINFORMACJI❗️ 💬 Premier @Donald Tusk ♬ oryginalny dźwięk – Koalicja Obywatelska
Teheran, kontrolując ten akwen, dysponuje narzędziem o ogromnym strategicznym znaczeniu – dla sojuszników Waszyngtonu, w tym Polski i globalnych rynków energetycznych. Blokada tego szlaku to potencjalny cios w globalne łańcuchy dostaw energii, porównywany już do największych szoków podażowych ostatnich dekad. Rynki finansowe zareagowały błyskawicznie.
Weekendowe notowania wykazały wzrosty sięgające 10 procent, windując ceny baryłki w okolice 75 dolarów. Analitycy ostrzegają, że to może być wstęp do znacznie gwałtowniejszych ruchów, jeśli sytuacja się eskaluje.
Siedem złotych za litr – czy Polacy zapłacą cenę wojny?
Michał Stajniak, analityk XTB, mówi wprost: jeśli Iran zaatakuje tankowce lub fizycznie zablokuje cieśninę, cena ropy może przebić 100 dolarów za baryłkę. Dla polskich kierowców oznaczałoby to wzrost cen paliw o około 15 procent – do 7 złotych za litr. Dziś, według e-petrol.pl, benzyna 95 kosztuje 5,73–5,85 zł, olej napędowy 6–6,14 zł, autogaz 2,75–2,84 zł.
PKN Orlen wydał komunikat zapewniający, że na bieżąco monitoruje sytuację i nie odnotowuje zagrożeń dla ciągłości dostaw. Koncern podkreśla, że jego portfel jest geograficznie zróżnicowany – ropa pochodzi z basenu Morza Śródziemnego, Afryki Północnej i Zachodniej, Skandynawii oraz z krajowego wydobycia. Orlen dysponuje też długoterminowymi kontraktami z Saudi Aramco i Equinorem.
Stajniak studzi jednak zbyt dramatyczne scenariusze – jego zdaniem obecny kryzys nie powinien przerodzić się w powtórkę z 2022 roku, gdy rosyjska agresja na Ukrainę wywindowała ceny benzyny nawet do 8 złotych za litr. Napięcie jest realne, skutki mogą być odczuwalne – ale świat dysponuje dziś lepszymi mechanizmami reagowania na tego rodzaju kryzysy energetyczne.


