Napięcie wokół cieśniny Ormuz narastało od tygodni, ale dopiero rozmowa Donalda Trumpa z „Financial Times” pokazała, jak daleko gotów jest się posunąć amerykański prezydent. Ton wypowiedzi zaskoczył nawet doświadczonych komentatorów polityki zagranicznej – bo nie chodziło już o apele, lecz o ultimatum.
„Albo przyjdziecie, albo pożałujecie” – ostre słowa z pokładu Air Force One
Zaledwie kilka godzin wcześniej sytuacja w regionie wyglądała na względnie ustabilizowaną po serii amerykańsko-izraelskich uderzeń na Iran. Tymczasem Trump postanowił publicznie postawić sprawę na ostrzu noża – i to nie Teheranowi, lecz własnym sojusznikom. Prezydent USA dał jasno do zrozumienia, że oczekuje konkretnej odpowiedzi od państw korzystających z tranzytu ropy przez Zatokę Perską. Co dokładnie miał na myśli i dlaczego powiązał to z przyszłością Sojuszu Północnoatlantyckiego – tego nikt wcześniej nie zakładał.
Trump w rozmowie z „Financial Times” nie owijał w bawełnę. Stwierdził wprost, że brak reakcji sojuszników lub ich odmowa będą miały bardzo negatywne konsekwencje dla przyszłości NATO. Podczas dodatkowej rozmowy z dziennikarzami na pokładzie prezydenckiego samolotu w drodze do Waszyngtonu powtórzył te żądania jeszcze dosadniej. Domagał się, by państwa zależne energetycznie od cieśniny Ormuz wysłały tam swoje siły, bo – jak podkreślił – to ich terytorium energetyczne, nie amerykańskie.
Prezydent wspomniał, że prowadzi rozmowy z mniej więcej siedmioma krajami, choć nie ujawnił, które to państwa. Zwracał uwagę, że USA dysponują własnymi zasobami ropy i teoretycznie mogłyby w ogóle nie angażować się w ochronę szlaku morskiego, z którego korzystają głównie inni. Przyznał zarazem, że Ameryka robi to poniekąd z przyzwyczajenia, ale też dla „bardzo dobrych sojuszników na Bliskim Wschodzie”.
Konkretnie Trump oczekuje od Europejczyków przede wszystkim okrętów do usuwania min morskich – twierdząc, że Europa dysponuje ich znacznie większą liczbą niż Stany Zjednoczone. Wspomniał też o potrzebie wysłania oddziałów komandosów, które miałyby zwalczać irańskie operacje z użyciem dronów i min wzdłuż irańskiego wybrzeża. Jak ocenił, Iran został już „zdziesiątkowany”, a jedyne, co mu pozostało, to prowokowanie drobnych incydentów w cieśninie.
Londyn dostaje za swoje, Japonia i Australia mówią „nie”
Szczególnie ostro Trump wypowiedział się na temat Wielkiej Brytanii. Mimo że Londyn uznawany jest za najstarszego i najbliższego sojusznika Waszyngtonu, prezydent USA zarzucił Brytyjczykom brak gotowości do wsparcia. Według jego relacji, kiedy poprosił ich o przybycie, odmówili. Dopiero po wyeliminowaniu głównych zagrożeń ze strony Iranu zadeklarowali wysłanie dwóch okrętów, na co Trump odparł, że potrzebował ich przed zwycięstwem, a nie po nim. Określił NATO wprost jako „ulicę jednokierunkową” – organizację, w której Ameryka daje, ale niewiele dostaje w zamian.
Przypomniał też o zaangażowaniu USA na rzecz Ukrainy, zaznaczając, że Waszyngton nie musiał pomagać Europejczykom, bo Ukraina leży tysiące mil od Ameryki. Mimo to – jak stwierdził – USA pomogły. Teraz chciałby zobaczyć odwzajemniony gest.
Tymczasem odpowiedzi napływające od poszczególnych państw nie napawają Trumpa optymizmem. Już w poniedziałek Japonia wykluczyła wysłanie okrętów wojennych do cieśniny. Podobne stanowisko zajęła Australia – tamtejsza minister transportu Catherine King oświadczyła na antenie ABC, że Canberra docenia wagę sytuacji, ale nikt jej oficjalnie o pomoc nie poprosił i Australia nie uczestniczy w operacji. Wcześniej, w sobotę, Trump apelował do przywódców Chin, Francji, Japonii, Korei Południowej i Wielkiej Brytanii o wysłanie jednostek w rejon cieśniny.
Pekin pod presją, a nad wyspą Chark wiszą kolejne bomby
Trump nie ograniczył się do krytykowania Europejczyków. Dał też jasno do zrozumienia, że Chiny – jako kraj pozyskujący około 90 procent swojej ropy z cieśniny Ormuz – również powinny aktywnie wesprzeć działania. Prezydent USA chciałby poznać stanowisko Pekinu jeszcze przed planowaną wizytą w Chinach pod koniec marca. Stwierdził, że dwa tygodnie to dla niego zbyt długi okres oczekiwania i zapowiedział możliwość przesunięcia wizyty, choć nie podał szczegółów.
Słowa Trumpa zbiegły się z rozmowami, jakie sekretarz skarbu Scott Bessent prowadził tego samego dnia w Paryżu z chińskim wicepremierem He Lifengiem. Spotkanie dotyczyło przygotowań do planowanego szczytu. Kontekst czasowy wypowiedzi prezydenta trudno uznać za przypadkowy – wyraźnie miały one wywrzeć presję na Pekin.
Na koniec Trump zagroził ponownymi uderzeniami na wyspę Chark – główny irański ośrodek eksportu ropy. Stwierdził, że atak na ten cel zajmie Amerykanom pięć minut, a Iran nie ma możliwości się przed nim obronić. Tło militarne tej groźby jest realne: europejscy sojusznicy już teraz ponoszą straty w konflikcie. W czwartek w irańskim ataku dronowym w Iraku zginął francuski żołnierz, a w niedzielę w bazie w Kuwejcie zniszczony został włoski samolot.
Iran zamknął cieśninę Ormuz po tym, jak USA i Izrael rozpoczęły ataki ponad dwa tygodnie temu. Normalnie przepływa przez nią około jedna piąta światowego wydobycia ropy naftowej i skroplonego gazu ziemnego – to wąski przesmyk wodny między Iranem a Omanem, od którego zależy globalna gospodarka energetyczna.


