Coraz głośniej mówi się o tym, że Polska się wyludnia. Politycy wskazują na ceny mieszkań, brak żłobków, niewystarczające becikowe. Ekonomiści kreślą wykresy, demografowie biją na alarm. Wszystko się zgadza – i jednocześnie czegoś w tej układance brakuje. Czegoś, o czym niemal nikt nie chce mówić wprost, bo temat jest zbyt niewygodny, zbyt blisko kości.
Mieć dzieci to dziś wstyd. Odpowiedzialne są za to media i technologie
Chodzi o coś, co każdy czuje, ale rzadko przyznaje się do tego nawet przed samym sobą. Mechanizm działa cicho, skutecznie i bez żadnych dopłat z budżetu państwa. Eksperci zajmujący się demografią zdają się go nie dostrzegać – albo celowo omijają, bo nie pasuje do tabelek i raportów. A tymczasem właśnie ten czynnik może wyjaśniać więcej niż cały pakiet 800 plus razem wzięty.
Żeby zrozumieć, co naprawdę powstrzymuje młodych ludzi przed zakładaniem rodzin, trzeba spojrzeć nie na portfele, lecz na coś znacznie trudniejszego do zmierzenia. Na ludzką potrzebę bycia docenionym. Na status społeczny – i na to, jak brutalnie rodzicielstwo go niszczy. Dla współczesnego pokolenia dwudziesto- i trzydziestolatków poczucie własnej wartości i pozycji społecznej buduje się przez konsumpcję – i to konsumpcję widoczną dla innych.
O tej zależności pisał między innymi Cezary Bachański, analizując mechanizmy, jakie rządzą młodymi ludźmi w mediach społecznościowych. Punkty statusu zbiera się dziś przez selfie z siłowni, relację z city breaku w Lizbonie, zdjęcie kolacji w modnej restauracji. Algorytmy nagradzają widoczność, a widoczność nagradzają polubienia.
Instagram nie lubi dzieci. I to jest problem, który niszczy demografię
Dzieci kompletnie wypadają z tej gry. I to na każdym kroku. Zamiast wysportowanej sylwetki – ciąża i połóg. Zamiast weekendu w Barcelonie – wyjazd do teściów za miasto. Zamiast porannej jogi – karmienie o czwartej w nocy. Zamiast kawy z ciekawą historią do opowiedzenia w pracy w poniedziałek – dwie doby w dresach, z puree marchewkowym na ramieniu. Każdy z tych scenariuszy jest równie prawdziwy co nieinstagramowalny.
Schemat jest bezlitosny: posiadanie dziecka niemal automatycznie wyklucza ze społecznego wyścigu po uznanie. A bez uznania trudno dziś czuć się kimś. Brzmi banalnie – ale właśnie ta banalność czyni ten mechanizm tak skutecznym i tak trudnym do przezwyciężenia. Wszystko to brzmiałoby jak spekulacja, gdyby nie jeden konkretny przykład z życia.
W 2007 roku gruziński patriarcha Ilia II ogłosił, że osobiście zostanie ojcem chrzestnym każdego trzeciego dziecka urodzonego w rodzinie. Nie zaproponował dopłaty. Nie obiecał mieszkania. Zaproponował coś innego – prestiż, wyróżnienie i poczucie wyjątkowości. Efekt? Liczba urodzeń w Gruzji wyraźnie wzrosła, szczególnie jeśli chodzi o trzecie i kolejne dzieci. To rzadki w historii nowożytnej przypadek, gdy sam status społeczny – bez żadnych transferów finansowych – przełożył się na dzietność.
Gruzja pokazała, że nie chodzi o pieniądze. Chodzi o prestiż
Dlaczego ten przykład jest tak rzadko przywoływany w polskich dyskusjach o kryzysie demograficznym? Pewnie dlatego, że nie pasuje do dominującej narracji. Żyjemy w kulturze głęboko materialnej i szukamy materialnych rozwiązań. Tymczasem możliwe, że sedno problemu leży właśnie w tej kulturze – nie w jej skutkach, lecz w niej samej.
Paradoks jest bolesny: rodzicielstwo niesie ze sobą doświadczenia, których nie da się pokazać na żadnym ekranie. Miłość do dziecka, spokój o trzeciej nad ranem, gdy maluch w końcu zaśnie, radość z pierwszego słowa – to przeżycia głębokie i prawdziwe, ale całkowicie niewidoczne dla zewnętrznego obserwatora. Rodzicielstwo to podróż bez aparatu fotograficznego. Widoki są zachwycające, ale nie ma ich czego pokazać znajomym z Instagrama.
Osoby bezdzietne, patrząc z zewnątrz na życie rodziców, widzą przede wszystkim straty – zmęczenie, rezygnację z rozrywek, brak czasu. Nie widzą zysków, bo te pozostają schowane głęboko w prywatnej sferze rodziny. Ta asymetria percepcji działa na niekorzyść rodzicielstwa z siłą, której żadna kampania społeczna nie jest w stanie pokonać. Próg, przez który trzeba przeskoczyć, jest wysoki. Ale po drugiej stronie czeka coś, czego nie da się opisać – i czego nie da się wrzucić na stories.


