Gmach przy Wiejskiej od lat fascynuje nie tylko polityką. Korytarze, kuluary i sejmowe restauracje to miejsca, w których posłowie nie tylko debatują o losach kraju, ale też jedzą, piją kawę i spotykają się po godzinach. Niewielu Polaków zdaje sobie jednak sprawę, jak konkretnie wyglądają rachunki wystawiane w tych lokalach.
Ujawniono, ile posłowie wydają w sejmowej restauracji. Kwoty szokują
Temat wraca co jakiś czas za sprawą kolejnych doniesień medialnych, a tym razem do kulis parlamentarnej gastronomii dotarł dziennikarz RMF FM Kacper Wróblewski. Zebrane przez niego dane pokazują, że suma, jaką miesięcznie obraca restauracja w Sejmie, spokojnie mogłaby konkurować z niejednym warszawskim lokalem z górnej półki.
Skala liczb potrafi zaskoczyć nawet tych, którzy śledzą politykę na co dzień. Eksperci od finansów publicznych podnoszą brwi, a internauci już komentują, że mają do czynienia z „innym światem”. Najciekawsze szczegóły czekają jednak nieco dalej.
Zakaz alkoholu w Sejmie. Decyzja marszałka odbiła się czkawką
Żeby zrozumieć, dlaczego sejmowa gastronomia nagle znalazła się pod lupą, trzeba cofnąć się do połowy listopada ubiegłego roku. Wtedy urząd marszałka Sejmu objął Włodzimierz Czarzasty, a jedno z jego pierwszych posunięć szybko stało się tematem numer jeden.
Lider Lewicy podpisał przed kamerami zarządzenie, które wprowadzało zakaz sprzedaży alkoholu na terenie parlamentu. Argumentował, że państwowa instytucja powinna dawać dobry przykład, skoro jednocześnie mówi się publicznie o ograniczaniu dostępu do alkoholu, bójkach czy przypadkach na SOR-ach związanych z nadużywaniem procentów.
Decyzja wywołała burzę, a jej skutki finansowe dało się zauważyć już po kilku tygodniach. Kancelaria Sejmu potwierdza, że punkty gastronomiczne działają zarówno w Domu Poselskim, jak i w budynku K, a różnica w obrotach samej restauracji po zmianie przepisów stała się wyraźnie widoczna.
Jakie są dochody sejmowej restauracji? Tak wyglądają utargi
Dopiero teraz robi się naprawdę ciekawie. W październiku 2025 roku, a więc na chwilę przed wejściem w życie nowych zasad, dochód netto sejmowej restauracji sięgnął 531 732 złotych. To ostatni miesiąc, w którym posłowie mogli jeszcze zamówić do obiadu lampkę wina czy piwo.
Kolejne miesiące przyniosły zauważalny zjazd. Listopad 2025 zamknął się kwotą 475 797 złotych, grudzień 458 626 złotych, a styczeń 2026 okazał się najchudszy i wyniósł 399 658 złotych. Luty 2026 przyniósł delikatne odbicie do poziomu 450 085 złotych, ale do październikowego wyniku wciąż sporo brakuje.
Mimo spadków średnia miesięczna nadal oscyluje wokół ponad 400 tysięcy złotych. Taki obrót w lokalu, z którego korzysta stosunkowo wąskie grono klientów, robi wrażenie i pokazuje, że sejmowa kuchnia wcale nie stoi pusta po wyprowadzeniu alkoholu z karty.
Zakaz alkoholu w sejmowej restauracji – posłowie podzieleni
Sami parlamentarzyści nie mówią w tej sprawie jednym głosem, co akurat nikogo nie dziwi. Posłanka Lewicy Joanna Wicha w rozmowie z RMF24 chwaliła nową rzeczywistość. Jej zdaniem w sejmowych kuluarach zrobiło się spokojniej, politycy normalnie rozmawiają, uśmiechają się do siebie, a nikt nie korzysta mniej ani z restauracji, ani ze słynnego „baru za kratą”.
Zupełnie inaczej patrzy na sprawę poseł niezrzeszony Marek Jakubiak. Polityk otwarcie przyznał, że decyzja następcy Szymona Hołowni go nie zachwyciła. Ironicznie pytał, czy parlament ma być teraz miejscem dla osób specjalnej troski, i zastanawiał się, przy jakim napoju posłowie mają rozmawiać wieczorami o poważnych sprawach, skoro kompot i herbata zostały mu jako jedyne opcje.
Rozbieżność opinii świetnie pokazuje, jak trudno w polityce o jednomyślność nawet w sprawach z pozoru błahych. Jedno się jednak nie zmienia: niezależnie od tego, czy chodzi o schabowego, czy o kompot, miesięczne utargi sejmowej restauracji wciąż idą w setki tysięcy złotych.


