10 kwietnia 2010 roku na zawsze odcisnął się w pamięci milionów Polaków. Dla jednych był dniem narodowej żałoby, dla innych początkiem trwającego latami sporu politycznego. Ale nieliczni widzieli na własne oczy to, co wydarzyło się w okolicach Smoleńska – i jeszcze mniej osób zdecydowało się o tym publicznie opowiedzieć w sposób tak bezpośredni i pozbawiony cenzury.
Krewny Jarosława Kaczyńskiego widział to tuż po katastrofie pod Smoleńskiem
10 kwietnia 2010 roku na zawsze odcisnął się w pamięci milionów Polaków. Dla jednych był dniem narodowej żałoby, dla innych początkiem trwającego latami sporu politycznego. Ale nieliczni widzieli na własne oczy to, co wydarzyło się w okolicach Smoleńska – i jeszcze mniej osób zdecydowało się o tym publicznie opowiedzieć w sposób tak bezpośredni i pozbawiony cenzury.
Jan Maria Tomaszewski, brat cioteczny Jarosława i Lecha Kaczyńskich, należał do tych, którzy tamtego dnia polecieli na miejsce tragedii razem z Jarosławem Kaczyńskim. We wrześniu 2010 roku udzielił obszernego wywiadu Radiu Wnet, w którym krok po kroku zrelacjonował przebieg tamtych godzin. Jego wspomnienia są niezwykle surowe, przepełnione emocjami i miejscami wręcz trudne do wysłuchania.
Tomaszewski wspominał, że wiadomość o katastrofie dotarła do niego rano, od znajomej osoby. Po włączeniu telewizora zobaczył informacje o rozbiciu się prezydenckiego samolotu. Natychmiast pojechał do szpitala, gdzie przebywała matka braci Kaczyńskich. Zastał tam już Jarosława Kaczyńskiego, który poprosił go o towarzyszenie w podróży do Smoleńska. Tomaszewski ubrał się w garnitur i ruszył na lotnisko.
Białorusini z szacunkiem, za rosyjską granicą – koszmar
Polska delegacja wystartowała po południu i wylądowała w Witebsku na Białorusi. Tomaszewski dobrze oceniał postawę strony białoruskiej – mówił o sprawnej organizacji przejazdu, zamkniętych dla ruchu ulicach i salutujących funkcjonariuszach. Przyjęcie było godne i pełne powagi. Jak podkreślał, Białorusini zachowali się wobec polskiej delegacji wzorowo.
Sytuacja zmieniła się diametralnie po przekroczeniu granicy z Rosją. Tomaszewski określał dalszy ciąg podróży jako „horror” i „czarny film”. Mimo że w autobusie znajdowali się posłowie i osoby z paszportami dyplomatycznymi, rosyjskie służby przeprowadziły drobiazgową, ciągnącą się kontrolę dokumentów. Atmosfera zrobiła się przygnębiająca i napięta.
Dalej było jeszcze gorzej. Autobus z delegacją poruszał się ku Smoleńskowi w żółwim tempie – rosyjski pilot jadący na czele kolumny utrzymywał prędkość około 25 km/h, a miejscami jeszcze mniejszą. Tomaszewski wspominał bezcelowe kluczenie po skrzyżowaniach, zamkniętą tuż przed ich autobusem bramę lotniska i 60 kilometrów pokonywanych przez ponad dwie godziny. W pewnym momencie kolumna samochodów z Donaldem Tuskiem wyprzedziła autobus Jarosława Kaczyńskiego – na sygnałach, mercedesami. Według Tomaszewskiego całość sprawiała wrażenie celowej gry na zwłokę ze strony gospodarzy.
Na lotnisku czekały kamery i namioty
Delegacja dotarła na lotnisko pod Smoleńskiem dopiero o zmierzchu. Tomaszewski zapamiętał dwa kontrastujące widoki – z jednej strony tłum dziennikarzy i wozy transmisyjne, z drugiej oświetlony namiot, gdzie – jak twierdził – przebywali Władimir Putin i Donald Tusk. Tomaszewski oceniał tę scenę jako „show przed kamerami”, rozgrywane z dala od właściwej tragedii i jej ofiar.
W relacji Tomaszewskiego nie doszło do żadnego bezpośredniego spotkania Donalda Tuska z Jarosławem Kaczyńskim. Ten wątek powracał w rozmowie wielokrotnie i wyraźnie budził w nim silne emocje. Tomaszewski podkreślał, że ówczesny premier nie podszedł do brata tragicznie zmarłego prezydenta i nie złożył mu kondolencji – co uznawał za rażące naruszenie elementarnych norm przyzwoitości.
Brat cioteczny Kaczyńskich wspominał, że wyrazy współczucia otrzymywał nawet od znajomych z Austrii, dlatego brak jakiegokolwiek gestu ze strony szefa polskiego rządu był dla niego zupełnie niezrozumiały i głęboko bolesny.
To, co zobaczył na miejscu katastrofy, przeraziło go do końca życia
Najmocniejsza część wywiadu dotyczyła widoku na miejscu upadku samolotu. Tomaszewski opisywał szczątki maszyny porozrzucane w błocie, drobne kawałki metalu i zniszczony lasek brzozowy. Samolotu jako całości – jak mówił – praktycznie nie dało się dostrzec. Wszystko zmieszało się z rozmoklą ziemią w jednolitą masę zniszczenia.
Ciało prezydenta Lecha Kaczyńskiego zlokalizowano dzięki elektronicznemu chipowi wszytemu w jego garnitur. Tomaszewski relacjonował, że zaprowadzono go wraz z Jarosławem Kaczyńskim do miejsca, gdzie leżał prezydent – wprost na gołej ziemi, bez żadnego stołu ani noszy. Nikt nie zadbał nawet o minimalne warunki godności. Tuż obok spoczywały zwłoki Krzysztofa Putry, którego Tomaszewski rozpoznał po charakterystycznych wąsach. Ciało Lecha Kaczyńskiego było poważnie uszkodzone, a mimo to Jarosław Kaczyński zachował niezwykłe opanowanie.
Tomaszewski opisał też widok, który szczególnie utkwił mu w pamięci. Pod betonowym murem leżały niebieskie worki – takie same, jakie używa się na śmieci. Twierdził, że znajdowały się w nich ludzkie szczątki. Ten fragment wywiadu stał się jednym z najczęściej przywoływanych i najtrudniejszych do wysłuchania opisów z tamtego dnia. Działania rosyjskich służb na miejscu katastrofy Tomaszewski postrzegał jako chaotyczne i pozbawione elementarnego szacunku wobec ofiar.
Zgoda Putina, której tak naprawdę nie było
Po oględzinach miejsca tragedii pojawiła się informacja, że Putin wyraził zgodę na przetransportowanie ciała Lecha Kaczyńskiego do Polski tym samym samolotem, którym przyleciała delegacja. Kilka godzin oczekiwania nie przyniosło jednak rezultatu – okazało się, że zgody ostatecznie nie udzielono. Tomaszewski nazywał to elementem niezrozumiałej gry, której reguł nikt po polskiej stronie nie potrafił rozszyfrować.
Jedynym jasnym punktem tamtej nocy okazali się zwykli mieszkańcy Smoleńska i pracownicy hotelu, w którym czekała delegacja. Tomaszewski wspominał, że przynieśli herbatę, jedzenie i okazywali autentyczną życzliwość – w wyraźnym kontraście do postawy oficjalnych rosyjskich służb.
Kłopoty nie skończyły się nawet po wejściu na pokład samolotu gotowego do startu. Rosyjskie służby zarządziły ponowną kontrolę paszportów, a następnie dokładną inspekcję wnętrza maszyny. Tomaszewski komentował to lakonicznie, nazywając całą sytuację „cyrkiem”. Delegacja wróciła do Warszawy dopiero nad ranem następnego dnia. Archiwalna rozmowa Tomaszewskiego z Radiem Wnet z września 2010 roku pozostaje jednym z najbardziej wstrząsających prywatnych świadectw pierwszych godzin po katastrofie smoleńskiej – opowieścią, w której osobisty ból splata się z politycznymi zarzutami i obrazami, których nie sposób wymazać z pamięci.


