-->
Jeszcze kilka lat temu nikt nie wyobrażał sobie, że Polska trafi na listę państw z poważnymi problemami zadłużeniowymi. Tymczasem dane, które ujrzały światło dzienne w połowie lutego, zelektryzowały środowisko ekonomistów. Wnioski z brukselskiego raportu są na tyle niepokojące, że trudno przejść obok nich obojętnie.
Polska pędzi ku finansowej przepaści? Te liczby nie pozostawiają złudzeń
Tempo, w jakim rośnie polski dług publiczny, nie ma precedensu w najnowszej historii. Mówimy o kwotach, które jeszcze dekadę temu wydawały się abstrakcyjne – dziś stają się codziennością budżetową. Co gorsza, prognozy na najbliższe lata nie napawają optymizmem, a konsekwencje bezczynności mogą dotknąć każdego obywatela. Eksperci nie kryją zaniepokojenia, a część z nich otwarcie porównuje obecną trajektorię zadłużenia do scenariuszy kojarzonych z krajami południa Europy. Pytanie, które zadają sobie ekonomiści, brzmi: czy zdążymy wyhamować, zanim będzie za późno?
Opublikowany 12 lutego 2025 roku raport Komisji Europejskiej „Debt Sustainability Monitor 2025″ szczegółowo analizuje kondycję finansów publicznych wszystkich 27 państw Unii Europejskiej. Dokument bada zagrożenia zarówno w perspektywie dwuletniej, jak i w horyzoncie dekady. Polska została formalnie zakwalifikowana do grupy średniego ryzyka, jednak to, co niepokoi najbardziej, to dynamika narastania zobowiązań – zdecydowanie najwyższa wśród państw z tej kategorii.
Bilion złotych w dwa lata – skala zadłużenia poraża
Bruksela prognozuje, że relacja polskiego długu publicznego do PKB może osiągnąć poziom 107 procent już w 2036 roku. Dla porównania – to wartość, która jeszcze kilkanaście lat temu kojarzona była wyłącznie z Grecją tuż przed jej spektakularnym kryzysem finansowym. Deficyty budżetowe prognozowane na lata 2025–2027, sięgające 6–7 procent PKB, tylko napędzają tę spiralę, a koszty obsługi zadłużenia już teraz pochłaniają ponad 2 procent PKB.
Marcin Mrowiec, główny ekonomista Grant Thornton i ekspert Business Centre Club, przedstawia jeszcze bardziej wymowne dane. Według niego w latach 2025–2026 zadłużenie urośnie o blisko bilion złotych – średnio 940 milionów złotych dziennie. Głównym motorem tego wzrostu są wydatki socjalne i polityka transferowa.
Ekonomista ostrzega, że jeśli obecne tempo się utrzyma, do 2030 roku dług publiczny przekroczy 4 biliony złotych, a roczne koszty jego obsługi sięgną nawet 300 miliardów – gigantyczna część dochodów podatkowych zostanie zjadana przez same odsetki. Mrowiec podkreśla, że w warunkach wolnorynkowych do poziomu 107 procent PKB prawdopodobnie nigdy nie dojdziemy, bo wcześniej wybuchnie pełnowymiarowy kryzys zadłużeniowy.
Strategia obronna i porównanie z Niemcami
Rząd nie pozostaje całkowicie bierny. Krajowa Strategia Zarządzania Długiem na lata 2025–2028 zakłada przeniesienie ciężaru finansowania na rynek krajowy i ograniczenie zadłużenia zagranicznego do maksymalnie 25 procent. Wiceminister finansów Jurand Drop, wypowiadając się podczas EEC Trends w Warszawie, tłumaczył, że takie podejście zmniejsza ryzyko nagłego odpływu kapitału i wahań kursowych. W praktyce oznacza to emisję większej liczby obligacji krajowych kosztem zagranicznych, co stanowi bufor przed gwałtownymi zmianami stóp procentowych na rynkach międzynarodowych.
Jednak nawet ta strategia nie rozwiązuje fundamentalnego problemu. Drop przyznał, że prawdziwym papierkiem lakmusowym wiarygodności Polski pozostają rentowności obligacji skarbowych. Polskie dziesięcioletnie papiery dłużne oferują obecnie około 5,6 procent, podczas gdy niemieckie odpowiedniki – zaledwie 2,2 procent. Różnica 3,4 punktu procentowego odzwierciedla wyższe ryzyko kredytowe przypisywane Polsce. Powiększanie się tego spreadu może nakręcać koszty obsługi zadłużenia i zniechęcać inwestorów, tworząc groźny mechanizm samowzmacniający.
Polska znalazła się w gronie dwunastu państw unijnych z podwyższonym ryzykiem. Towarzyszą jej między innymi Belgia, Grecja, Hiszpania, Francja, Włochy, Portugalia, Chorwacja, Węgry i Słowacja. Wszystkie łączy kombinacja wysokiego długu, starzejącego się społeczeństwa i wrażliwości na zmiany stóp procentowych. Grecki scenariusz z lat 2009–2012 – gdy dług wystrzelił ze 127 do 180 procent PKB, inwestorzy wycofali się, a kraj potrzebował międzynarodowej pomocy – pozostaje ostrzeżeniem dla całej Europy.
Profesor Paweł Wojciechowski, prezes Instytutu Finansów Publicznych, uspokaja jednak, że Polska znajduje się w zasadniczo odmiennej sytuacji niż ówczesna Grecja – finansuje się stabilnie, dysponuje własną walutą i nie stoi przed groźbą nagłej utraty płynności. Zaznacza jednocześnie, że unijna projekcja stanowi ostrzeżenie przed dryfem rozwojowym – rosnące koszty obsługi długu oznaczają mniej pieniędzy na inwestycje, innowacje czy transformację energetyczną. Dodatkowym obciążeniem są wydatki na obronność, które choć niezbędne, powiększają zadłużenie i ograniczają elastyczność budżetową.
Trzy lata na ratunek – ale czy starczy odwagi?
Marcin Mrowiec stawia sprawę jasno – najpierw trzeba odpowiedzieć na fundamentalne pytanie o model państwa. Czy Polska chce utrzymywać wysokie świadczenia przy wyższych podatkach, czy też obniżyć daninę kosztem mniejszego zakresu usług publicznych? Ekonomista zwraca uwagę, że obecnie panuje przekonanie o możliwości jednoczesnego finansowania rozbudowanych programów socjalnych i masowych nakładów na zbrojenia, podczas gdy sam tegoroczny przyrost długu ma wynieść blisko 390 miliardów złotych – ponad miliard pożyczany codziennie. Takie tempo po prostu nie może trwać w nieskończoność.
Opublikowany w styczniu 2026 roku raport „Budżetowy SOS”, przygotowany przez Forum Obywatelskiego Rozwoju i Warsaw Enterprise Institute, wskazuje konkretną ścieżkę wyjścia. Autorzy przekonują, że stabilizacja finansów publicznych jest osiągalna w perspektywie trzech–czterech lat, ale wymaga natychmiastowego działania.
Proponowany pakiet reform obejmuje redukcję deficytu o około 1 procent PKB rocznie, wprowadzenie kryteriów dochodowych do programu 800+, centralizację dodatków mieszkaniowych i energetycznych, zmiany w ulgach podatkowych, wygaszanie nieefektywnych programów socjalnych, podniesienie wieku emerytalnego do 67 lat dla obu płci, częściową prywatyzację aktywów państwowych oraz uszczelnienie systemu podatkowego.
Bez tych reform – ostrzegają autorzy – perspektywa ustabilizowania finansów przesunie się o dekadę lub więcej, a Polska stanie się łatwym celem dla spekulantów rynkowych. Presja agencji ratingowych, rosnące koszty obsługi zadłużenia i nieuchronna konieczność podwyżek podatków lub cięć wydatków mogą stać się bolesną rzeczywistością. Ministerstwo Finansów zostało poproszone o komentarz do unijnego raportu, lecz dotychczas nie przedstawiło stanowiska. Milczenie resortu w tak kluczowej sprawie samo w sobie budzi niepokój.
Źródło: wnp.pl


