-->
Gdańskie seniorki stanęły na straży swojego bezpieczeństwa z iście wojskową determinacją. Historia, która wydarzyła się na Oruni, szybko obiegła środowisko salezjanów i stała się anegdotą, której nikt tam prędko nie zapomni. Brzmi niewinnie – dopóki nie pozna się szczegółów, o których poinformował „Dziennik Bałtycki”.
Pogoniły księdza kijem bejsbolowym. Duchowny był prawdziwy
Wszystko zaczęło się od telefonu, który trafił do kościelnej administracji. Pewna parafianką zadzwoniła do Kościoła Św. Jana Bosko przy ulicy Równej z niepokojem w głosie. Relacjonowała, że po okolicy chodzi nieznajomy podający się za księdza i zapowiadający wizyty u chorych. Kapłani z gdańskiej Oruni szybko wyciągnęli własne wnioski.
Duszpasterze zorientowali się, że tego rodzaju wizyty zawsze zapowiadają z wyprzedzeniem – telefonicznie albo z ambony. Tym razem nikt niczego nie ogłaszał, alarm był więc uzasadniony. Przekazali seniorce jednoznaczne ostrzeżenie: to prawdopodobnie oszust lub przebieraniec – i powinny go po prostu przegonić.
Nowy ksiądz i problem z komunikacją
Tymczasem pod drzwi jednego z domów zapukał ks. Kuba – nowo przybyły do parafii kapłan, który chciał się przedstawić mieszkańcom i zapowiedzieć duszpasterskie odwiedziny chorych. Problem w tym, że o swojej inicjatywie nie wspomniał wcześniej ani słowem żadnemu ze współbraci. Nikt w kościele o nim nie wiedział.
Seniorki, wierne instrukcjom, nie dały się zwieść ani koloratce, ani sutannie. Wykrzykując, że znają takie sztuczki i że żaden przebieraniec ich nie zmyli, przepędziły duchownego. Następnie z dumą zadzwoniły do kościoła – „przebieraniec” przyszedł i został odprawiony. Odpowiedź była krótka: to jednak był ich ksiądz. Prawdziwy. Nowy. W koloratce. Bez przebrania.
Nieporozumienie wyjaśniono i wszyscy odetchnęli z ulgą. Sprawa mogła trafić do kategorii zabawnych parafialnych historyjek. Mogła – gdyby nie pewien detal, który wyszedł na jaw dopiero miesiąc później. Historia udowadnia, że Kościół Katolicki nie ma ostatnio łatwo.
Kij bejsbolowy czekał w pogotowiu
Gdy ks. Kuba po raz drugi zapukał do tych samych drzwi, jedna z kobiet pokazała mu przedmiot stojący tuż przy wejściu. Był to kij bejsbolowy. Seniorki wyjaśniły spokojnie, że podczas pierwszej wizyty były gotowe użyć go w razie potrzeby – gdyby domniemany przebieraniec nie chciał odejść dobrowolnie.
Kapłan wyszedł cało, a zdarzenie szybko stało się lokalną legendą. Salezjanie z Oruni skomentowali je z humorem, chwaląc sprawność oruńskiej sieci sąsiedzkiego monitoringu, szybkość reakcji mieszkanek i ich zdecydowanie – nawet kosztem własnego duszpasterza. Jak podsumowują salezjanie, na Oruni żaden przebieraniec nie ma szans, czujność jest na porządku dziennym, a mieszkanki zawsze sobie poradzą. Ksiądz też to już wie.


