Kolejna fala żalów polskich artystów na głodowe emerytury, kolejne wywiady pełne goryczy i pretensji do państwa. Tyle że tym razem ktoś postanowił powiedzieć to, czego reszta środowiska nie chce usłyszeć. Zrobił to z typową dla siebie bezkompromisowością. Najciekawsze? To, co powiedział o sobie samym.
Tadeusz Drozda ostro o kolegach z branży
Tadeusz Drozda przez lata był jedną z najbardziej rozpoznawalnych twarzy polskiej telewizji. „Śmiechu warte” i „Dyżurny satyryk kraju” oglądały miliony. Potem po prostu zniknął. Żadnego skandalu, żadnej awantury. Telewizja zmieniała formaty, pojawiały się nowe twarze. 3 kwietnia satyryk skończył 77 lat i spokojnie żyje na emeryturze. Ale milczeć nie zamierza.
Co go tak zdenerwowało? Schemat powtarzający się od lat. Artyści, którzy niedawno kasowali fortuny, wychodzą przed kamery i żalą się na nędzne emerytury. Twierdzą, że będą pracować do końca życia. Internauci łapią się za głowy.
„To jest idiota, po prostu”
Drozda w rozmowie z redakcją nie szukał dyplomatycznych słów. Stwierdził wprost, że osoba, która latami zarabiała duże pieniądze i nie odłożyła niczego, sama ponosi pełną odpowiedzialność. Klucz do spokojnej starości to świadome oszczędzanie, a nie liczenie na państwo.
Podał konkretny przykład. Opisał przypadek artystki, która publicznie skarżyła się na niską emeryturę. Drozda sprawdził stawki w dostępnych w sieci tabelach i okazało się, że ta artystka żądała 50 tysięcy złotych za występ. Przy dwóch, trzech koncertach miesięcznie trudno mówić o biedzie. Satyryk podkreślił, że pieniądze nie znikają same z siebie. Zawsze zostaje jakaś rezerwa, o ile ktoś nie prowadził skrajnie rozrzutnego życia.
Własna emerytura? Też niska, ale bez lamentu
Najbardziej zaskakuje to, co Drozda powiedział o sobie. Otwarcie przyznał, że jego emerytura również nie jest wysoka. Ale zamiast szukać winnych, skierował pretensje pod własny adres. W latach największych zarobków w ogóle nie myślał o przyszłości.
Ujawnił przy tym coś, o czym środowisko milczy. Gdy pieniądze płynęły, artyści nagminnie deklarowali najniższe możliwe składki emerytalne. Drozda odprowadzał składki od kwoty około 1500 złotych, choć mógł wpisać dowolną wyższą sumę. Motywację nazwał wprost pazernością. Dodał, że żaden artysta publicznie się do tego nie przyzna. Sam postanowił być wyjątkiem i wziąć odpowiedzialność za decyzje sprzed lat, zamiast obwiniać system.


