Europejscy politycy coraz częściej mówią wprost o realnym zagrożeniu ze strony Rosji. Ton wypowiedzi zmienił się drastycznie na przestrzeni ostatnich tygodni. To już nie są ogólnikowe ostrzeżenia ani dyplomatyczne aluzje. Napięcie narasta, a każda kolejna deklaracja przybliża moment, w którym słowa mogą zamienić się w czyny.
Tusk mówi o miesiącach. Bałtowie już czują oddech Moskwy
Donald Tusk w rozmowie z „Financial Times” użył sformułowania, które zelektryzowało zachodnich komentatorów. Polski premier ocenił, że ewentualny atak Rosji na państwo należące do NATO to perspektywa miesięcy, nie lat. Równolegle prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski ostrzegł, że Moskwa przygotowuje działania wymierzone nie tylko w Kijów, ale także w Litwę, Łotwę i Estonię. Te trzy kraje znalazły się nagle w centrum geopolitycznej debaty.
Estonia zareagowała na słowa Zełenskiego niejednoznacznie. Szef estońskiej dyplomacji Margus Tsahkna stwierdził, że dane wywiadowcze nie potwierdzają tak alarmujących ocen. Tyle że Marko Mihkelson, przewodniczący komisji spraw zagranicznych estońskiego parlamentu, przyznał wcześniej, iż państwa bałtyckie znajdują się w grupie ryzyka. Ta rozbieżność opinii wewnątrz jednego kraju mówi sama za siebie.
Dodatkowym problemem jest rosyjska mniejszość zamieszkująca Estonię i Łotwę. Około 25 procent ludności tych krajów stanowią etniczni Rosjanie, których lojalność wobec państw bałtyckich budzi poważne wątpliwości. Łotwa już podjęła kroki wobec osób zwalczających język łotewski lub działających w prorosyjskich organizacjach. Analogie z Donbasem z 2014 roku nasuwają się same.
Klucz do europejskiego bezpieczeństwa
Z perspektywy strategicznej kraje bałtyckie pełnią na północy taką samą funkcję co Ukraina na południu. Bez kontroli nad nimi Rosja nie jest w stanie realizować swoich ambicji nad Morzem Bałtyckim, podobnie jak bez Ukrainy nie dominuje nad Morzem Czarnym.
Kaliningrad, rosyjska enklawa, pozostaje odcięty bez zabezpieczonych flanek, a zgodnie z logiką wojskową ofensywa w takich warunkach nie może się powieść. Niepodległość Litwy, Łotwy, Estonii i Ukrainy tworzy coś na kształt strategicznych obcęgów, które ściskają rosyjskie plany wobec Europy Środkowo-Wschodniej.
Kreml ma gotowe scenariusze wojenne przeciwko NATO sięgające czasów Traktatu Waszyngtońskiego. Jednak dopóki te cztery państwa utrzymują suwerenność, moskiewskie kalkulacje pozostają na papierze. Ich niezależność to nie tylko kwestia regionalna, lecz warunek powstrzymania konfliktu o skali, jakiej Europa nie widziała od dekad.


