in

Zapaść służby zdrowia w Polsce. Rząd i ministerstwo oskarżane o „cichą prywatyzację”

Każda minuta potrafi zaważyć o tym, czy pacjent przeżyje. Tymczasem w Polsce na pomoc czeka się coraz dłużej, a w niektórych regionach ratownicy po prostu nie mają czym dojechać.

zapaść w służbie zdrowia
© Fot. Burbonik.pl

Telefon na 112, panika w głosie, dyspozytor odbiera zgłoszenie. I wtedy zaczyna się najtrudniejszy moment, zarówno dla osoby wzywającej pomoc, jak i dla tej, która powinna ją wysłać. Bo karetki w okolicy mogą po prostu nie być. Polacy przez lata żyli w przekonaniu, że pogotowie ratunkowe dojedzie szybko. Tak działo się w większości regionów kraju jeszcze niedawno. Statystyki pokazywały, że system, choć z różnymi mankamentami, zasadniczo wywiązuje się ze swoich zadań. Dziś trudno powtórzyć te zapewnienia.

Karetka nie przyjedzie, lekarz przyjmie za kilka lat. Polska służba zdrowia właśnie się wali, a chorzy płacą za to życiem

Z najnowszych ustaleń portalu Zero.pl wynika, że ustawowe normy czasu dojazdu zespołów ratownictwa medycznego są łamane na całym obszarze Polski. Nie ma województwa, które mieściłoby się w wyznaczonych granicach. Skala zjawiska zaskakuje nawet osoby związane z branżą. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że za suchymi liczbami stoją konkretni ludzie. Pacjenci leżący w domach i czekający na pomoc, która nie nadciąga. Rodziny dzwoniące po raz drugi i trzeci z pytaniem, kiedy wreszcie ktoś przyjedzie. Strażacy zmuszeni do reanimacji, ponieważ ratowników medycznych po prostu nie ma.

Polskie prawo precyzyjnie określa, ile czasu ma pogotowie na dotarcie do osoby potrzebującej. W miejscowościach liczących powyżej dziesięciu tysięcy mieszkańców karetka powinna pojawić się standardowo w ciągu ośmiu minut, poza nimi zaś w piętnaście. Górne dopuszczalne granice to odpowiednio kwadrans i dwadzieścia minut. Ustawodawca zapisał te wartości po to, by realnie ratować zdrowie i życie.

Praktyka jest jednak druzgocąca. W dziesięć lat sytuacja runęła z poziomu w miarę akceptowalnego do alarmującego. Wcześniej tylko dwa województwa, mazowieckie oraz śląskie, balansowały na granicy normy w większych miastach. Obecnie żadne z szesnastu nie wywiązuje się z tego obowiązku. Najlepiej wypada warmińsko-mazurskie, gdzie typowy czas dotarcia karetki w miastach to osiem minut i pięćdziesiąt trzy sekundy. Najgorzej Dolny Śląsk, gdzie ten wskaźnik osiąga niemal trzynaście minut. Poza miastami normy spełniają zaledwie trzy regiony, choć żaden z nich nie zalicza wymogu miejskiego, więc i tak nie można mówić o sukcesie.

Jeszcze bardziej dramatyczne są dane dotyczące maksymalnego dopuszczalnego czasu dojazdu. Niemal trzydzieści procent wezwań kończy się przekroczeniem tej granicy. Na Dolnym Śląsku to aż 43,7 procenta przypadków zarejestrowanych w 2024 roku. Najlżej traktują karetkowy zegar Podkarpacie i Kujawsko-Pomorskie, ale i tam mówimy o szesnastu i siedemnastu procentach opóźnień.

Śmierć na liście oczekujących

Statystyka jest jedno, ale każda taka liczba ma twarz, imię i bliskich. Listopad 2025 roku przyniósł w Rybniku i okolicach wstrząsające historie. Tamtejsza straż pożarna podała, że w odstępie kilku dni jej funkcjonariusze ratowali kobiety, do których karetek po prostu zabrakło. Pierwsza interwencja dotyczyła 61-letniej pacjentki w Lyskach. Druga, dwie doby później, siedemdziesięciotrzyletniej mieszkanki Rybnika.

W obu sytuacjach strażacy próbowali zastąpić zespół ratownictwa medycznego, którego nie było w pobliżu. Obie kobiety zmarły. O kłopotach w liczących 30 tys. mieszkańców Rybniku alarmował już wcześniej radny Damian Twardawa. Według jego ustaleń z lutego 2025 roku miasto dysponowało zaledwie pięcioma karetkami. W całym powiecie typowy czas dojazdu w miastach przekraczał trzynaście minut, a maksymalny ustawowy limit łamano przy niemal czterech na dziesięć wezwań.

Jeden z ratowników opowiedział dziennikarzom Zero.pl o przypadku zatrzymania krążenia, do którego wysłano go godzinę po zgłoszeniu. Pacjent jeszcze oddychał wyłącznie dlatego, że na miejscu szybciej znaleźli się strażacy. Inny medyk przytoczył absurd, w którym do reanimacji jadą ochotnicy z OSP, podczas gdy do złamanej ręki leci śmigłowiec, ponieważ jest jedyną wolną jednostką w okolicy.

Brakuje rąk, brakuje karetek

Skąd ten kryzys? Odpowiedź wcale nie jest skomplikowana. Zespołów ratownictwa medycznego po prostu nie ma w wystarczającej liczbie. Część z nich pracuje w trybie absurdalnie obciążającym i trudnym do utrzymania. Rekordziści w 2025 roku wyruszali na akcję ponad dziesięć razy w ciągu dwudziestu czterech godzin. W całym kraju takich zespołów odnotowano dwadzieścia pięć, z czego trzy działają w Sosnowcu. To właśnie tam aż czterdzieści cztery procent wyjazdów łamie maksymalny dozwolony czas.

Trudno o lepszą ilustrację tego, że człowiek i pojazd nie nadążają za potrzebami pacjentów. Kacper Mazurkiewicz, ratownik medyczny pracujący na Dolnym Śląsku, w rozmowie z Zero.pl wskazał, że dyspozytorzy w przytłaczającej większości po prostu nie mają kogo wysłać do zgłaszających. Stąd ustawowe terminy stają się fikcją. Inny rozmówca dziennikarzy mówił o systemie tak dziurawym, że logika dysponowania jednostek przestaje działać.

Doktor nauk medycznych Jacek Wawrzynek, ratownik i prezes Fundacji Świadomy Medyk, zwrócił uwagę na potrzebę lepszego wykorzystania już istniejących zasobów. Według niego karetki nie powinny pełnić funkcji taksówek wożących pacjentów między placówkami. Ten apel powtarza się od lat, ale system wciąż wykorzystuje cenny personel do zadań, które dałoby się zorganizować inaczej.

Korki, blokady, przedmieścia bez końca

Problemy ratownictwa nie kończą się na liczbie zespołów. Polska zmienia się w oczach, miasta puchną, a infrastruktura medyczna zostaje w tyle. Wrocław i jego dynamicznie rozbudowujące się przedmieścia to tylko jeden z przykładów. Cytowany przez portal zero.pl Artur Niczyporuk, dyrektor lubelskiego Wojewódzkiego Pogotowia Ratunkowego SP ZOZ, zwrócił uwagę na rosnące zatłoczenie ulic. Kierowcy coraz częściej nieprawidłowo reagują na sygnały pojazdów uprzywilejowanych.

Do tego dochodzą blokady na osiedlach, ciasne uliczki i parkujące byle gdzie samochody. Wszystko to wydłuża drogę karetki do pacjenta. Te przeszkody są realne. Rzecz w tym, że system nie funkcjonuje w izolacji od rzeczywistości i powinien dostosowywać się do zmiennego otoczenia. Społeczeństwo ma prawo oczekiwać, że na konkretne wezwanie pomoc dotrze w ustalonym czasie. Tymczasem karetki tego oczekiwania nie spełniają.

Pojawia się jeszcze jeden palący problem. Coraz częściej ludzie wzywają pogotowie nie dlatego, że są w stanie nagłego zagrożenia życia, ale dlatego, że ochrona zdrowia w innych obszarach po prostu szwankuje. To efekt domina, który zaczyna się znacznie wcześniej, w gabinecie lekarza rodzinnego, na liście oczekujących do specjalisty, w rejestracji na badania.

Połowa pacjentów obsługiwanych przez ratowników medycznych nie znajduje się w stanie nagłego zagrożenia życia. Ratownicy mówią to wprost, choć bez taryfy ulgowej. Jeśli ktoś dochodzi do SOR-u o własnych siłach, zwykle nie potrzebował karetki. Nie chodzi jednak o to, by oskarżać samych pacjentów. Polski system ochrony zdrowia jest niewydolny i wręcz kieruje ludzi w stronę pogotowia.

Chory na rwę kulszową, który miesiącami czeka na neurologa, w pewnym momencie nie wytrzymuje bólu i dzwoni po karetkę. Pacjent potrzebujący tomografii albo rezonansu wie, że oddział szpitalny jest najszybszą drogą do diagnostyki. Część osób świadomie wyolbrzymia objawy, by w ogóle dostać pomoc. Zdarzają się też wezwania do osób z dolegliwościami, których medyczna nazwa brzmi mniej elegancko niż zgłoszenie. Mazurkiewicz przyznał, że realnym ratowaniem życia są mniej niż dwa wyjazdy na dziesięć.

Reszta to sytuacje, które powinny trafić do nocnej opieki, podstawowej opieki zdrowotnej albo do skąpo rozsianych po Polsce ambulatoriów urazowych. Dane Głównego Urzędu Statystycznego pokazują skok. W 2019 roku nieuzasadnione wyjazdy stanowiły 20,9 procenta. Pandemia wywindowała ten odsetek do 55,9 procenta w 2020 roku. W 2025 roku wciąż utrzymuje się na poziomie 52,4 procenta. To efekt zatorów w innych częściach systemu, które przelewają się na ratownictwo.

Polityka pudrowania trupa

Tutaj zaczyna się część, która wykracza poza statystyki karetkowe. Bo kryzys ratownictwa to tylko symptom czegoś znacznie większego. Autor analizy Zero.pl stawia tezę, że Polska doświadcza pełzającej prywatyzacji ochrony zdrowia, będącej skutkiem albo bezczynności rządu, albo świadomej polityki. Za rządów Donalda Tuska resort zdrowia przeszedł przez dwa modele zarządzania. Najpierw stanowiska obejmowali politycy z partii koalicyjnych, każdy realizujący własny program.

Skutkiem była sytuacja, w której Izabela Leszczyna z Koalicji Obywatelskiej musiała podkreślać w mediach, że zapowiedzi jej wiceministrów wcale nie muszą zostać wcielone w życie. Później rząd postanowił postawić na ekspertów zamiast polityków. Maria Ochman, przewodnicząca Solidarności Ochrony Zdrowia, podczas Kongresu Wyzwań Zdrowotnych w bezpośrednim zwrocie do wiceminister Katarzyny Kęckiej stwierdziła, że obecna ekipa nic nie robi.

Autor analizy Zero.pl ujmuje to nieco inaczej, mówiąc o pudrowaniu trupa. Ministerstwo gasi pojawiające się pożary, ale brakuje strategicznej koncepcji uzdrowienia całego sektora. Obecne kierownictwo resortu z Jolantą Sobierańską-Grendą na czele próbowało zmierzyć się z korporacjami branżowymi. Skończyło się porażką na całej linii.

Wycofano się z propozycji zmiany waloryzacji wynagrodzeń medyków po sprzeciwie związków zawodowych. Zrezygnowano z ograniczenia przywilejów ukraińskich lekarzy w odpowiedzi na protest prywatnych sieci medycznych i samorządowców. Limity wynagrodzeń odpadły po reakcji izb lekarskich.

Diagnostyka cięta do kości, prywaciarze zacierają ręce

Po nieudanych potyczkach z silnymi grupami nacisku ministerstwo zaczęło szukać słabszego przeciwnika. Nieprzypadkowo w roli ofiar znaleźli się pacjenci. Od 1 kwietnia 2026 roku znacząco obniżono wyceny diagnostyki obrazowej i endoskopowej po przekroczeniu limitów wynikających z umów z Narodowym Funduszem Zdrowia.

Efekt? Placówki masowo odwołują badania. Pacjenci stają wobec dylematu, czy czekać miesiącami w kolejce, czy zapłacić z własnej kieszeni w prywatnym gabinecie. Cięcia spotkały się z krytyką ze wszystkich stron, nawet tej zwykle przychylnej rządowi. Resort tłumaczy zmiany troską o ochronę przed promieniowaniem jonizującym, choć to argument działający tylko w przypadku tomografii komputerowej, a redukcjom poddano także rezonans, endoskopię i kolonoskopię.

Wcześniej obniżono również wyceny rezonansu i tomografu, odpowiednio o 6,5 i 5,4 procenta, argumentując zbyt wysokimi pensjami lekarzy. Tylko że specjaliści po prostu przeniosą się tam, gdzie kontrakt jest korzystniejszy, albo całkowicie do sektora prywatnego. Stratni będą pacjenci, którym nikt nie wykryje na czas uleczalnej choroby. Stratne będą szpitale, które dochodowymi badaniami pokrywały straty na nierentownych porodówkach i pediatrii.

Sektor prywatny patrzy na te zmiany z entuzjazmem. Jedna z giełdowych spółek zajmujących się diagnostyką obrazową poinformowała akcjonariuszy, że zamierza ograniczać badania finansowane przez NFZ na rzecz tych komercyjnych. Do tego dochodzi wprowadzony rok wcześniej mechanizm przyjmowania nowych pacjentów u specjalistów, który de facto wypycha pacjentów już prowadzonych do prywatnych gabinetów. Połowa placówek dostaje za to kary z funduszu.

Powolna kapitulacja i śmierć publicznej ochrony zdrowia

Autor analizy Zero.pl używa pojęcia stomatologizacji do opisania mechanizmu, który widać już w polskim systemie. Działa on tak, że NFZ ma na daną dziedzinę zbyt mały budżet, więc faktyczną opiekę przejmuje rynek prywatny. Pacjenci, których nie stać, zostają z niczym. Tak stało się w stomatologii, gdzie fundusz finansuje leczenie kanałowe pierwszych trzech zębów, podczas gdy w każdym łuku znajduje się ich osiem.

Następnie mechanizm objął psychiatrię, zwłaszcza dziecięcą, oraz dermatologię. Teraz, według prognoz Zero.pl, do listy dołączy diagnostyka obrazowa. NFZ planuje już kolejne ograniczenia, tym razem w wizytach u specjalistów. Sytuacja pacjenta z prowincji, gdzie prywatnych gabinetów po prostu nie ma, staje się beznadziejna. Ten, kogo nie stać, czeka. Czasem zbyt długo.

Tymczasem kraj plasujący się na dwudziestej pierwszej pozycji wśród największych gospodarek świata teoretycznie nie powinien mieć takich problemów. Czesi, których PKB jest niższe, na zdrowie wydają znacznie więcej, dzięki czemu ich sektor prywatny tylko uzupełnia sprawnie działający system publiczny.

Najsmutniejsza w tym wszystkim jest cisza. Strajków lekarzy nie będzie, ponieważ im gorzej w publicznym systemie, tym lepiej dla prywatnego. Pacjenci, którzy nie dostają pomocy w ramach składek, idą do komercyjnych klinik. Z wyjątkiem tych, którzy umierają w kolejkach. A polityka coraz wyraźniej akceptuje ten układ, kupując święty spokój kosztem cierpienia chorych.

Źródło: zero.pl

jasnowidz jackowski najnowsze przepowiednie koniec pis jaki będzie 2022

Jackowski wskazał następcę Nawrockiego. Kto zostanie kolejnym prezydentem Polski?

stagflacja emerytura bez podatku nie do ręki bezgotówkowo poczta polska zus tylko na konto

ZUS wypłaci seniorom do 7 tys. zł. Wystarczy spełnić jeden warunek