in

WTFWTF

Sensacyjne doniesienia z PiS. Chodzi o Mateusza Morawieckiego

Wewnętrzna wojna w PiS przybiera na sile. Były premier zbudował własne imperium w partii, a jego przeciwnicy żądają głowy. Prezes Kaczyński stoi przed najtrudniejszą decyzją w swojej karierze.

partia cpk
Fot. Depositphotos

Nikt się tego nie spodziewał. Kiedy w kuluarach Prawa i Sprawiedliwości zaczęły krążyć pierwsze pogłoski, mało kto dawał im wiarę. Dziś jednak sytuacja wymknęła się spod kontroli, a partyjni insiderzy nie kryją już zaniepokojenia. Coś, co miało pozostać wewnętrzną sprawą największego ugrupowania opozycyjnego, przeistoczyło się w otwarty konflikt, którego skutki mogą zmienić polską scenę polityczną. O sprawie pisze Jacek Nizinkiewicz z „Rzeczpospolitej”.

Czy to koniec wielkiej przyjaźni? Morawiecki i Kaczyński na kursie kolizyjnym

Dziennikarz „Rzeczpospolitej” stwierdza w swoim ostatnim felietonie, że atmosfera w szeregach PiS jest napięta jak nigdy dotąd. Apele o jedność, płynące z samej góry partyjnej hierarchii, pozostają bez odzewu. Frakcje toczą ze sobą zacięte boje, a wzajemne oskarżenia padają już nie tylko w zaciszu gabinetów, lecz również na forum publicznym. Symbolem głębokości podziałów stały się osobne wigilie partyjne – bezprecedensowy sygnał, że pod pozorami wspólnoty kryje się głęboki rozłam.

Głównym bohaterem tej politycznej zawieruchy jest człowiek, który jeszcze niedawno wydawał się niekwestionowanym następcą prezesa. Jego pozycja, budowana latami w cieniu wielkiego lidera, nagle stała się przedmiotem zażartych sporów. Jedni widzą w nim przyszłość formacji, inni – największe zagrożenie dla jej istnienia. A w tle rozgrywa się sprawa, która może wszystko odmienić.

Afera, która wstrząsnęła partią do fundamentów

Rządowa Agencja Rezerw Strategicznych – ta nazwa jeszcze kilka lat temu niewiele mówiła przeciętnemu Polakowi. Dziś brzmi jak ostrzeżenie przed konsekwencjami, których wielu polityków wolałoby uniknąć. Instytucja powołana w czasach rządów Zjednoczonej Prawicy stała się epicentrum skandalu o wymiarze finansowym, jakiego polska polityka dawno nie widziała.

Agenci Centralnego Biura Antykorupcyjnego oraz śledczy ustalili mechanizm, który budzi poważne wątpliwości. Wielomilionowe kontrakty miały trafiać do zaprzyjaźnionych firm bez standardowych procedur przetargowych, bez analizy rynku i bez przestrzegania przepisów o zamówieniach publicznych. Głównie działo się to w okresach kryzysowych – podczas pandemii koronawirusa oraz po rosyjskiej agresji na Ukrainę.

Jeden z wiceprezesów PiS w rozmowie z „Rzeczpospolitą” nie owija w bawełnę. Jego zdaniem wszystkie afery przywoływane przez obecny obóz rządzący bledną przy sprawie RARS. Określa ją jako realną aferę, w której zniknęły ogromne pieniądze. Te słowa, wypowiedziane przez człowieka z najwyższych szczebli partii, pokazują skalę wewnętrznego niepokoju.

Setki milionów i biznesmen w roli głównej

Jedna transakcja szczególnie przykuwa uwagę śledczych. Agregaty prądotwórcze przeznaczone dla Ukrainy zostały zakupione w Chinach za około 69 milionów złotych. Następnie odsprzedano je RARS za kwotę sięgającą 351 milionów złotych. Różnica jest oszałamiająca. Firma odpowiedzialna za tę operację należała do Pawła Sz., twórcy popularnej marki odzieżowej Red is Bad.

Spółki powiązane z tym biznesmenem otrzymały zlecenia od RARS na łączną sumę przekraczającą 700 milionów złotych. Szacunki całkowitych strat wahają się od pół miliarda do nawet miliarda złotych, w zależności od źródła informacji. Prokuratura zdołała jak dotąd zabezpieczyć środki warte od 100 do 117 milionów złotych, natomiast zarzuty obejmują nieprawidłowości przy wydatkowaniu co najmniej 340 milionów.

Paweł Sz. zdecydował się na współpracę z wymiarem sprawiedliwości jako mały świadek koronny. Składa obszerne zeznania, a pytanie, kogo ostatecznie pogrążą, spędza sen z powiek wielu politykom. Przeciwnicy Mateusza Morawieckiego w strukturach PiS nie mają wątpliwości – ich zdaniem sprawa uderzy właśnie w byłego premiera i jego najbliższe otoczenie.

Jacek Harłukowicz w książce „Chłopcy z ferajny” przytacza znamienną wymianę zdań z prokuratorem. Na pytanie, dlaczego Morawiecki nie został jeszcze przesłuchany, padła odpowiedź, która elektryzuje polityczne środowiska – śledczy nie wie, czy wezwać go jako świadka, czy jako podejrzanego. Dla przeciwników byłego premiera ta niepewność jest wymowna.

Wigilia u Morawieckiego jako pokaz siły

Około 80 polityków PiS zjawiło się na spotkaniu wigilijnym organizowanym przez byłego premiera. To nie była zwykła uroczystość – to był komunikat. Zgromadzeni to osoby popularne i silne w swoich okręgach wyborczych, co potwierdza, że Morawiecki zbudował wokół siebie solidne partyjne zaplecze. Frakcja, której siłę trudno zlekceważyć nawet samemu prezesowi.

Środowisko związane ze Zbigniewem Ziobrą domaga się radykalnych kroków. Jeden z ludzi byłego ministra sprawiedliwości w rozmowie z „Rzeczpospolitą” wprost mówi o konieczności pozbycia się Morawieckiego wraz z całym jego otoczeniem powiązanym z RARS. Argumentuje, że wkrótce partia będzie musiała za niego odpowiadać, a raz podjęta obrona zmusi do bronienia go do końca – mimo nieprzyjemnych faktów, które według niego jeszcze wyjdą na jaw.

Z partyjnych kuluarów płyną jeszcze bardziej niepokojące sygnały. Część polityków PiS podobno wiedziała o nieprawidłowościach w RARS i ostrzegała kierownictwo przed konsekwencjami. Słychać również głosy, że były premier zbudował tak poważne zaplecze finansowe, iż może sobie pozwolić na utworzenie własnej formacji. Te pogłoski dodatkowo zaogniają wewnątrzpartyjny konflikt.

Oskarżenia lecą z każdej strony

Jacek Kurski, były prezes TVP, przeszedł do frontalnego ataku. W głośnym wpisie internetowym sugerował, że Morawiecki realizuje jakiś plan wymierzony przeciwko własnemu ugrupowaniu. Wzywał partię do otoczenia byłego premiera ochroną, a jednocześnie domagał się, by ten stanął w prawdzie – publicznie lub przed swoim politycznym zwierzchnikiem – jeśli jest szantażowany lub kuszony obietnicami ze strony obozu rządzącego.

Wymiana ciosów między politykami PiS przybrała formę publicznej pyskówki. Gdy Piotr Müller, były rzecznik rządu, odpowiedział Kurskiemu, przypominając jego słaby wynik w wyborach do Parlamentu Europejskiego, ripostę zaserwowano błyskawicznie. Kurski odparł, że zabrakło mu w kampanii „rezerw strategicznych” – aluzja była aż nadto czytelna. Europoseł Müller milczał już wymownie.

Jacek Sasin publicznie wykluczył kandydaturę Morawieckiego na premiera w wyborach 2027 roku, twierdząc, że reprezentuje on nurt centrowy, którego wyborcy prawicy nie oczekują. Tobiasz Bocheński, uznawany za lidera frakcji tzw. maślarzy, przyznał w wywiadzie radiowym, że jest bliski poglądom Zbigniewa Ziobry – twierdził, iż negocjacje z Ursulą von der Leyen prowadzone w dobrej wierze przez Morawieckiego nie przyniosły rezultatów, bo szefowa Komisji Europejskiej działała nieuczciwie.

Europoseł i profesor Ryszard Legutko również dołożył cegiełkę do krytyki. Podczas protestów rolniczych w 2024 roku ocenił zgodę polskiego rządu na proekologiczny program unijny jako fatalny błąd premiera Morawieckiego. Przyznał wprawdzie, że brak podpisu wywołałby oskarżenia o dążenie do polexitu, ale nie zmienia to jego negatywnej oceny tej decyzji.

Przeszłość powraca jak bumerang

Kurski poszedł jeszcze dalej, sięgając do historii sprzed tragedii smoleńskiej. W telewizji Republika przypomniał, że Morawiecki na miesiąc przed katastrofą odmówił Lechowi Kaczyńskiemu przystąpienia do Narodowej Rady Rozwoju. Zamiast tego przyjął ofertę Donalda Tuska i został doradcą w jego radzie gospodarczej. Były prezes TVP zestawił te fakty w sposób mający zdyskredytować byłego premiera w oczach twardego elektoratu PiS.

Lista zarzutów wobec Morawieckiego wydłuża się z każdym dniem. Zielony Ład, Polski Ład, otwartość na migrantów, pomoc Ukrainie, restrykcje pandemiczne, ustępstwa wobec Brukseli – wszystko to dziś obciąża partię Kaczyńskiego. Prawicowy elektorat, który częściowo przejęła Konfederacja wraz z ugrupowaniami Grzegorza Brauna i Sławomira Mentzena, nie może tego zapomnieć.

Wewnątrz partii toczy się fundamentalny spór o kierunek. Jedna frakcja chce skrętu mocno w prawo, aby odzyskać wyborców zbiegłych do Konfederacji. Druga, której rzecznikiem jest właśnie Morawiecki, opowiada się za umiarkowaną prawicą kroczącą drogą środka. Obie grupy mają swoje plany na nowy rok i żadna nie zamierza ustąpić.

Były premier nie zamierza kapitulować

Mateusz Morawiecki otwarcie deklaruje, że sam z partii nie odejdzie. Nie zamierza łagodzić kursu ani kłaść uszu po sobie. Nie pozwoli się rozliczać Kurskiemu, Sasinowi czy Bocheńskiemu. Jedyną zwierzchność, którą uznaje, jest przywództwo Jarosława Kaczyńskiego – ale na warunkach partnerskich, nie wasalnych.

To właśnie stanowi sedno problemu. Były premier urósł politycznie, zbudował własną frakcję, posiada zasoby finansowe i dobre relacje z częścią środowisk biznesowych oraz europejskich elit. Jest rozpoznawalny na arenie międzynarodowej i nie ukrywa ambicji prezesowskich. Nie zamierza czekać na schedę po Kaczyńskim – bierze to, co uważa za należne.

Dla prezesa PiS Morawiecki stał się realnym konkurentem. Wyrzucenie go z partii tylko by go wzmocniło – stałby się męczennikiem rządów Zjednoczonej Prawicy. Czy Kaczyński może przekreślić lata, gdy Morawiecki był premierem? Nie wymienił go przecież tak jak Beatę Szydło, co oznacza autoryzację jego decyzji. Dziedzictwo tamtego rządu jest dziedzictwem całego PiS.

Londyńskie echo afery RARS

W połowie grudnia w Londynie odbyła się ostatnia rozprawa ekstradycyjna Michała Kuczmierowskiego, byłego szefa Rządowej Agencji Rezerw Strategicznych. Decyzja ma zapaść 27 lutego, co oznacza, że nowy rok przyniesie rozstrzygnięcie o potencjalnie ogromnym znaczeniu politycznym. Kuczmierowski to człowiek Morawieckiego – były premier złożył za niego pisemne poręczenie.

Pytanie, czy Kuczmierowski pójdzie drogą Pawła Sz. i zdecyduje się na współpracę ze śledczymi, wiszi w powietrzu. Część polityków PiS z otoczenia Ziobry nie ma złudzeń, że Morawiecki ma się z czego tłumaczyć. W kuluarowych rozmowach pada określenie „polityczno-biznesowa mafia” na opis środowiska byłego premiera. Ile w tym faktów, a ile spinowi ze strony jego adwersarzy – pokaże śledztwo.

W partii krążą pogłoski, że Morawiecki dogadał się z Donaldem Tuskiem i współpracuje z obozem rządzącym w obawie przed konsekwencjami prawnymi. Sam zainteresowany stanowczo zaprzecza tym doniesieniom. Atmosfera wzajemnej podejrzliwości sięgnęła jednak poziomu, przy którym każda plotka znajduje wiernych słuchaczy.

Trzy scenariusze, wszystkie ryzykowne

Analiza sytuacji prowadzi do trzech możliwych wariantów rozwoju wypadków. W pierwszym Kaczyński dochodzi do porozumienia z Morawieckim na swoich warunkach. Wymagałoby to jednak kapitulacji byłego premiera, który właśnie wybił się na niezależność – scenariusz mało prawdopodobny. Prezes musiałby zagwarantować dobre warunki współpracy i ogłosić pakt o nieagresji, zmuszając Sasina, Kurskiego czy Bocheńskiego do zaprzestania ataków.

Drugi scenariusz zakłada dobrowolne odejście Morawieckiego z PiS. Dla Kaczyńskiego byłby to optymalny wariant w razie braku porozumienia. Na niespełna dwa lata przed wyborami nowa partia mogłaby się wypalić, a jej lider stracić medialną świeżość. Problem w tym, że Morawiecki jasno deklaruje, iż sam nie odejdzie – chce być wyrzucony.

Trzecia opcja to właśnie wyrzucenie. Uczyniłoby to z byłego premiera męczennika potraktowanego instrumentalnie przez kolegów. Sygnał dla wyborców byłby fatalny – PiS odcina się od swoich, gdy mają problemy. Wyrzucony Morawiecki budowałby się stopniowo, a im bliżej wyborów, tym czas grałby na jego korzyść. Kaczyński musiałby przy tym podważyć rządy własnego premiera, co oznaczałoby otwarty konflikt na prawicy z korzyścią dla wszystkich oprócz PiS.

Pułapka bez dobrego wyjścia

Jarosław Kaczyński znalazł się w sytuacji szachowej. Każdy ruch grozi stratą. Kontynuacja otwartego konfliktu skończyłaby się partyjną pożogą. Kolejna formacja prawicowa oznaczałaby dalszy odpływ wyborców – na rzecz Konfederacji i partii Brauna Kaczyński stracił ich już wystarczająco wielu. Odcinanie się od byłego premiera mającego problemy prawne to w praktyce przyznanie się do winy.

Wszystko wskazuje na to, że prezes PiS musi dogadać się z Morawieckim i stanąć za nim murem, gdy sprawy sądowe nabiorą tempa. Przedłużająca się wojna wewnętrzna działa na korzyść konkurencji politycznej. Każda partia zajmująca się sobą zamiast programem traci poparcie. Donald Tusk nie mógłby wymarzyć sobie lepszego scenariusza.

Paradoksalnie Mateusz Morawiecki wygląda na zwycięzcę tej politycznej rozgrywki – przynajmniej na razie. Do otwartej wojny obaj z Kaczyńskim nie mogą dopuścić dla własnego dobra. Teraz prezes musi udowodnić, jaką realną władzę zachował w partii. Czy potrafi poskromić wewnętrznych przeciwników byłego premiera i opanować pożar trawiący jego polityczny dom? Odpowiedź na to pytanie zadecyduje o przyszłości całej formacji.

rynek pracy w polsce 2025

Szokujące wieści z Poznania. Po 100 latach likwidują legendarną fabrykę

złote antosie 2025 głosowanie

Złote Antosie 2025. Nominacje. Głosowanie na streamera roku ruszyło