Polska żegna jedną z najbardziej nietypowych postaci powojennego kina. Wiadomość dotarła z Domu Artystów Weteranów w Skolimowie i zaskoczyła wielu, choć aktorka od dekad żyła z dala od fleszy i kamer. Jej historia to opowieść o talencie, którego właścicielka poszła zupełnie inną drogą niż ta, którą wyznaczał show-biznes.
Odeszła gwiazda, która mogła mieć wszystko – ale świadomie wybrała ciszę
Miliony Polaków pamiętają jej twarz z produkcji, które definiowały polską popkulturę lat 60. i 70. Kto jednak pamięta, że ta sama kobieta pewnego dnia zamknęła za sobą drzwi studia filmowego i nigdy tego nie żałowała? To postać, o której mówi się dziś niewiele, a która zasługuje na więcej uwagi. Zanim poznamy kulisy jej zaskakującej drogi, warto cofnąć się do początków. Bo historia Zawieruszanki zaczęła się od czegoś, czego nikt, włącznie z nią samą, się nie spodziewał.
Aleksandra Zawieruszanka, z domu Zawierucha-Paprocka, przyszła na świat w 1937 roku w Bielsku-Białej. Jako nastolatka nie widziała siebie na scenie. Uważała, że jej wygląd jest zbyt przeciętny, by myśleć o aktorstwie. Planowała studiować polonistykę i zapewne tak by się stało, gdyby tuż przed egzaminami nie zdecydowała się na inny krok. Zgłosiła się do warszawskiej PWST.
Komisja egzaminacyjna nie miała wątpliwości. Młoda kandydatka z Bielska dostała się za pierwszym razem, a sukces odmienił jej spojrzenie na własne możliwości. Po studiach trafiła na deski Teatru Narodowego. Przełom nadszedł w 1960 roku. Podczas spektaklu „Widok z mostu” dostrzegł ją Stanisław Bareja i zaproponował główną rolę w filmie „Mąż swojej żony”. Tak Zawieruszanka trafiła do kina. Na scenie gromadziła solidny dorobek, ale ekran przynosił jej mieszane uczucia.
Dziewczyna z Bielska, która nie wierzyła we własną urodę i wolała milczeć, niż grać byle co
Zagrała w produkcjach, które zna dziś niemal każdy Polak: „Stawce większej niż życie”, „Wakacjach z duchami”, „Podróży za jeden uśmiech” czy „Rzeczpospolitej babskiej”. A mimo to przyznawała, że jedynym filmem z tamtych lat, który naprawdę ceniła, był „Walkower” Jerzego Skolimowskiego. W rozmowie z „Angorą” w 2009 roku mówiła wprost, że popularność i artystyczna wartość to dwie różne sprawy.
Zawieruszanka słynęła z tego, że analizowała każdy scenariusz, zanim zgodziła się na udział. Nie interesowały jej castingi do seriali. Nie zatrudniła agenta. Nie zabiegała o zaproszenia na branżowe wydarzenia. Pod koniec lat 70. odeszła z branży na własnych zasadach, bez żalu i dramatycznych gestów. W jednym z wywiadów przyznała, że miała swoje „pięć minut”, ale nie umiała ich wykorzystać tak, jak wymagał rynek.
Obca była jej mentalność, w której cel usprawiedliwia każde działanie. Teatr kochała, ale nigdy nie pozwoliła mu zdominować życia. Na ekran wróciła dopiero w 2005 roku, w serialu „Na dobre i na złe”, gdzie ponownie zagrała u boku Stanisława Mikulskiego. Wcielili się w parę rozdzieloną przez los, która po latach się odnajduje.
Rodzina i spokój zamiast czerwonego dywanu
Zamiast gonić za kolejnymi rolami, Zawieruszanka postawiła na życie prywatne. U boku męża, prawnika Zdzisława Paprockiego, stworzyła dom pełen książek. Wspólna biblioteka małżonków liczyła ponad dziesięć tysięcy tomów. Para wychowała syna i doczekała się czworga wnucząt. W rozmowie z tygodnikiem „Panorama” aktorka mówiła, że dom, mąż i syn zawsze byli dla niej ważniejsi od kariery. Twierdziła wręcz, że jest bardziej kobietą niż aktorką.
Zdzisław Paprocki zmarł 8 listopada 2021 roku w wieku 75 lat. Spoczął na Powązkach Wojskowych. Od 2023 roku Zawieruszanka mieszkała w Domu Artystów Weteranów w Skolimowie. Informację o śmierci 88-letniej aktorki przekazał Dom Artystów Weteranów we wpisie na Facebooku. Podkreślono, że Zawieruszanka pozostanie zapamiętana jako osoba pełna empatii i artystycznej wrażliwości, która swoją pracą dawała innym coś więcej niż rozrywkę. Odeszła kobieta, która miała sławę i talent, ale postawiła na coś zupełnie innego. Na ciszę.


