W środę 1 kwietnia w warszawskiej centrali Zakładu Ubezpieczeń Społecznych doszło do niecodziennych wydarzeń. Przedstawiciele dwunastu organizacji związkowych zjechali się z całego kraju, żeby wymusić na pracodawcy konkretne deklaracje dotyczące tegorocznych wynagrodzeń. Rozmowy ciągnęły się do późnych godzin, a nastroje z każdą godziną robiły się coraz bardziej napięte.
Pracownicy ZUS mówią „dość”. W centrali zawrzało, powołano komitet strajkowy
Sytuacja pracowników ZUS od dłuższego czasu budzi spore emocje. Ponad 43 tysiące osób zatrudnionych w zakładzie czeka na informację, kiedy i o ile wzrosną ich pensje. Zgodnie z zakładowym układem zbiorowym pracodawca miał czas do 1 kwietnia, żeby przedstawić szczegóły podwyżek. Termin minął, a konkrety nie padły.
To właśnie brak tych danych przelał czarę goryczy. Związkowcy przyjechali do centrali naładowani frustracją, bo oprócz ciszy w sprawie pensji usłyszeli coś, co wywołało jeszcze większe oburzenie wśród zebranych.
Lekarze orzecznicy najpierw, reszta potem?
Tegoroczne wynagrodzenia w budżetówce wzrosły o 3 procent i dokładnie o tyle samo powinny pójść w górę pensje w ZUS. Tymczasem zarząd zaproponował etatowym pracownikom podwyżkę rzędu 180 złotych brutto. Na rękę to kwota, która nikogo nie usatysfakcjonuje. Tę propozycję ujawniła Marta Markun ze związku zawodowego pracowników ZUS.
Co gorsza, związkowcy usłyszeli od pracodawcy, że pieniądze na podwyżki trafią w pierwszej kolejności do lekarzy orzeczników. Dagmara Ledzion z Krajowego Związku Zawodowego Inspektorów Kontroli ZUS podkreśliła, że szeregowi pracownicy nie otrzymali dodatkowego wsparcia, mimo że dokładano im kolejne obowiązki. Ministerstwo Rodziny, jak zaznaczyła, też nie pomogło.
Około godziny 18:00 dwanaście związków zawiązało Międzyzwiązkowy Komitet Protestacyjno-Strajkowy. W protokole, do którego dotarły media, wskazano, że pracodawca nie przedstawił rozliczenia funduszu wynagrodzeń na 2025 rok i sam przyznał, że nie jest gotowy do negocjacji na podstawie wiarygodnych danych. Związki uznały to za lekceważenie strony społecznej.
43 tysiące sfrustrowanych ludzi i widmo protestu
Sam ZUS odpowiedział lakonicznie. Stanowisko przekazane mediom sprowadzało się do tego, że rozmowy ze związkami trwają i dotyczą funduszu wynagrodzeń za 2025 oraz planu na 2026 rok. Zakład zaznaczył przy tym, że ewentualne działania strajkowe nie mają podstaw w obowiązujących przepisach prawa.
Tyle że sygnały ostrzegawcze pojawiały się już wcześniej. Pod koniec ubiegłego roku związki wystosowały pismo do minister rodziny Agnieszki Dziemianowicz-Bąk z żądaniem podwyżki wynagrodzeń od 1 stycznia 2026 roku o minimum 1200 złotych brutto na etat. Domagały się też zwiększenia zatrudnienia proporcjonalnie do liczby zadań i ograniczenia nadgodzin do sytuacji nagłych, a nie obsługi zmian legislacyjnych rządu.
Związkowcy ostrzegali wprost, że pracownicy są na skraju wytrzymałości. Niezadowolenie z braku realnej zapłaty za dodatkowe obowiązki zlecane przez rząd, połączone z brakiem reakcji na apele o wyższy fundusz płacowy, miało doprowadzić do protestu o skali dotąd niewidzianej. Rozmowy trwały do nocy. Część związkowców zapowiedziała, że zostanie w budynku do rana, a wszyscy domagają się pilnego spotkania z ministrem finansów.
Źródło: Fakt


