Poranny kubek z brązowym proszkiem zalewanym wrzątkiem to rytuał znany praktycznie każdemu pracującemu Polakowi. Szybko, wygodnie, bez kombinowania z ekspresem czy kawiarką. Wokół kawy instant narosło jednak tyle mitów, że wielu miłośników pije ją z poczuciem winy, a część osób w ogóle po nią nie sięga. Tymczasem prawda jest dużo mniej dramatyczna, niż sugerują straszaki krążące po sieci. I to nie kofeina ani tajemnicza „chemia” powinny spędzać sen z powiek konsumentom.
Kawa rozpuszczalna czy sypana. Która zdrowsza?
Wyobrażenia o produkcji kawy rozpuszczalnej bywają dość malownicze. Podejrzane fabryki, sztuczne aromaty, proszek rodem z laboratorium. Rzeczywistość potrafi solidnie rozczarować zwolenników takich teorii, bo cały proces jest wyjątkowo prozaiczny. Ziarna kawowca trafiają do wielkich ekstraktorów przemysłowych, gdzie najpierw zostają wypalone, potem zmielone, a na końcu zaparzone.
Powstaje z tego bardzo mocny napar, coś na kształt gigantycznego espresso. Następnie producenci odprowadzają z niego wodę – albo metodą liofilizacji, czyli zamrażania (stąd biorą się charakterystyczne kryształki w słoiku), albo przez suszenie strumieniem gorącego powietrza. Żadnych sztucznych wypełniaczy, żadnych tajemnych dodatków. Czysty, odwodniony napar z kawy, który po zalaniu wrzątkiem wraca do swojej pierwotnej formy. Tyle.
Akrylamid, czyli groźnie brzmiące słowo ze szkolnej chemii
Argumentem numer jeden przeciwników kawy instant jest akrylamid. Związek powstający przy obróbce termicznej produktów spożywczych, w większych dawkach potencjalnie rakotwórczy. Na papierze brzmi to poważnie, a w kawie rozpuszczalnej rzeczywiście znajduje się go więcej niż w tej parzonej klasycznie.
Problem pojawia się, gdy zamiast emocji spojrzy się na konkretne liczby. Europejski Urząd ds. Bezpieczeństwa Żywności (EFSA) wskazuje, że ilość akrylamidu w jednej filiżance instant jest wielokrotnie niższa od poziomów uznawanych za groźne. Musiałaby nastąpić konsumpcja rzędu kilkudziesięciu kubków dziennie, żeby realnie zaszkodzić zdrowiu.
Dla porównania – paczka chipsów, porcja frytek albo mocno przyrumieniony tost potrafią dostarczyć organizmowi znacznie większą dawkę tego związku niż codzienna kawa. O tym jednak rzadko się rozmawia przy kuchennym stole.
Kofeiny mniej, a antyoksydantów pod dostatkiem
Tutaj zaczyna się najciekawsza część historii. Kawa rozpuszczalna nie tylko nie szkodzi, ale w wielu aspektach pomaga. Naukowcy wielokrotnie potwierdzili, że jest bogatym źródłem polifenoli oraz innych antyoksydantów, które wymiatają wolne rodniki, spowalniają starzenie komórek i wspierają układ odpornościowy.
Liofilizacja okazuje się przy okazji świetną metodą konserwacji tych cennych składników — po prostu zamyka je w drobnych kryształkach, które czekają na zalanie wodą. Dodatkowym plusem bywa niższa zawartość kofeiny. Filiżanka instant daje zwykle od 30 do 90 miligramów kofeiny, podczas gdy ta sama ilość kawy z ekspresu lub kawiarki zawiera nawet od 70 do 140 miligramów.
Ta różnica okazuje się zbawieniem dla kilku grup osób. Dla tych z łagodnym nadciśnieniem, dla osób wrażliwych na pobudzenie, u których mocne espresso wywołuje drżenie rąk i niepokój, a także dla wszystkich, którzy lubią popołudniową kawę, ale nie chcą potem godzinami liczyć owiec.
Prawdziwe zagrożenie chowa się w saszetce
I właśnie w tym miejscu zaczyna się sedno sprawy. Bo jeśli kawa w słoiku to produkt zaskakująco zdrowy, to istnieje jej krewny, przy którym warto zapalić czerwoną lampkę. Chodzi o kolorowe saszetki z napisami „3 w 1″ albo „2 w 1″, które stały się hitem w biurach, na stacjach benzynowych i w domowych szafkach.
Te gotowe mieszanki mają z prawdziwą kawą niewiele wspólnego. Samego naparu znajduje się tam zaledwie kilkanaście procent. Reszta to mieszanka cukru, syropu glukozowo-fruktozowego oraz utwardzonych tłuszczów roślinnych – czyli wszystkiego tego, od czego dietetycy odradzają trzymanie się z daleka.
Efekt takiego napoju w organizmie bywa przykry. Nagłe skoki poziomu insuliny, odkładanie się tkanki tłuszczowej w okolicach brzucha, rosnący poziom „złego” cholesterolu. Czysty liofilizat nie ma z tym nic wspólnego – winowajcą są dosypywane ulepszacze, które zmieniają niewinny napar w dietetyczną katastrofę.
Werdykt? Odłożyć panikę na półkę
Podsumowanie tej całej batalii wypada dla kawy rozpuszczalnej zaskakująco dobrze. Czysty produkt w słoiku to po prostu wygodna wersja naparu z ziaren, a nie żaden wynalazek rodem z mrocznego laboratorium. Kto lubi jej łagodniejszy smak, nie musi patrzeć na kubek z wyrzutami sumienia.
Dostarcza porządnej porcji antyoksydantów, delikatniej działa na układ nerwowy i w normalnych ilościach nie robi organizmowi żadnej krzywdy. Warunek jest jeden – musi to być czysty liofilizat lub proszek z odparowanej kawy, bez dodatków.
Mity o „zmiotkach z podłogi” i „samej chemii” można spokojnie odłożyć do lamusa razem z innymi miejskimi legendami. Znacznie ciekawsze pytanie brzmi: co tak naprawdę trafia do kubka, gdy ktoś rozrywa kolorową saszetkę z trzema cyframi na opakowaniu. Tam warto czytać etykiety dokładnie.


