Chodzi o konkretną datę, która może wstrząsnąć jego prezydenturą i zmienić układ sił na amerykańskiej scenie politycznej. Najbliższe dni pokażą, czy gospodarz Białego Domu zdoła wybrnąć z prawnego klinczu, w jaki sam siebie wpędził.
Odwołają Donalda Trumpa ze stanowiska? Cisza przed burzą w Waszyngtonie
Atmosfera w stolicy Stanów Zjednoczonych staje się coraz bardziej napięta, choć z zewnątrz wszystko wygląda zaskakująco spokojnie. Politycy obu największych partii zachowują się tak, jakby starali się unikać tematu, który wisi nad nimi niczym miecz Damoklesa. Korytarze Kapitolu pełne są szeptów, ale brakuje konkretnych działań. Wielu komentatorów zwraca uwagę, że taka cisza zwykle zapowiada poważne zawirowania.
Amerykański Kongres od początku konfliktu militarnego nie przeprowadził ani jednej publicznej dyskusji poświęconej tej sprawie. Politycy z obu stron sceny politycznej narzekają na ograniczony dostęp do informacji o tym, co naprawdę dzieje się na froncie. Jednocześnie zwykli obywatele odczuwają skutki tej sytuacji zarówno w portfelach, jak i w nastrojach społecznych. Mimo to ustawodawcy zdają się przeciągać moment podjęcia jakichkolwiek wiążących decyzji.
Symbolicznym dowodem tego paraliżu stało się przesunięcie planowanego posiedzenia komisji sił zbrojnych Izby Reprezentantów. Spotkanie miało być okazją do uzyskania odpowiedzi od najwyższych dowódców wojskowych. Nowy termin wyznaczono dopiero na koniec maja, co praktycznie blokuje możliwość szybkiego dotarcia do faktów dotyczących celów i kosztów prowadzonej operacji. Dla wielu obserwatorów takie odsunięcie sprawy w czasie nie jest przypadkiem.
Sam Donald Trump podczas czwartkowego spotkania z dziennikarzami w Białym Domu dał jasno do zrozumienia, że nie zamierza działać pod presją żadnego harmonogramu. Prezydent zachowuje się tak, jakby miał w zanadrzu plan, którego nikt jeszcze nie odgadł. Część komentatorów odczytuje tę pewność siebie jako blef, inni jako zapowiedź konkretnych ruchów. Tymczasem zegar tyka coraz głośniej.
Prawo, które miało chronić Amerykę
Aby zrozumieć skalę całego problemu, trzeba sięgnąć do dokumentu z 1973 roku. Ustawa o uprawnieniach wojennych, znana jako War Powers Resolution, miała być tamą przed samowolą głów państwa. Twórcy tego aktu chcieli uniknąć powtórki z konfliktów, w które Stany Zjednoczone wciągano bez wyraźnego mandatu społecznego. Dokument precyzyjnie określa, co przywódca może, a czego mu nie wolno.
Zgodnie z literą prawa amerykański prezydent musi poinformować Kongres o wybuchu działań zbrojnych w ciągu 48 godzin od ich rozpoczęcia. To dopiero początek skomplikowanej procedury. Następnie zaczyna biec 60-dniowy okres, w trakcie którego ustawodawcy muszą wyrazić zgodę na kontynuację operacji lub formalnie wypowiedzieć wojnę. Brak takiej decyzji oznacza obowiązek natychmiastowego przerwania walk.
Pierwsze uderzenia sił amerykańskich i izraelskich na cele w Iranie nastąpiły 28 lutego. Cztery dni później, 2 marca, gospodarz Białego Domu wypełnił formalny obowiązek poinformowania parlamentu. Od tamtej chwili rozpoczął się odliczanie. Krytyczna data wypada dokładnie 1 maja i to właśnie wtedy może rozpocząć się prawdziwy spektakl polityczny.
Litera prawa daje przywódcy możliwość jednorazowego przedłużenia tego okresu o kolejne 30 dni, czyli do 31 maja. Warunkiem jest złożenie pisemnego wniosku z uzasadnieniem, że dodatkowy czas posłuży bezpiecznemu wycofaniu wojsk z rejonu konfliktu. Tu pojawia się jednak istotna pułapka. Takie przedłużenie nie pozwala na kontynuowanie ofensywy, a jedynie na zorganizowany odwrót.
Prawnicza akrobatyka i pułapka rozejmu
W tle całej sprawy toczy się fascynujący spór wokół rozejmu, który wszedł w życie 8 kwietnia. Magazyn „Foreign Policy” przywołał opinie amerykańskich ekspertów prawnych, którzy spodziewają się konkretnego manewru ze strony administracji. Zdaniem analityków Biały Dom będzie próbował dowodzić, że zawieszenie broni automatycznie zatrzymało bieg ustawowych 60 dni. Ten argument ma stać się kluczową bronią w nadchodzącej batalii.
Prawniczka Katherine Yon Ebright z think tanku Brennan Center for Justice w wypowiedzi cytowanej przez magazyn opisała taki scenariusz jako próbę prawniczej gimnastyki. Jej zdaniem urzędnicy administracji zapewne sięgną po argument o zatrzymanym zegarze. Taka interpretacja budzi jednak poważne wątpliwości w środowisku prawniczym. Konstytucjonaliści zwracają uwagę, że ustawa nie przewiduje wprost takiego mechanizmu zawieszenia.
Co istotne, prezydenta amerykańskiego praktycznie nikt nie może pociągnąć do bezpośredniej odpowiedzialności prawnej za złamanie tej ustawy. Żaden sąd nie przyjmie pozwu w tej sprawie, a jedynym realnym narzędziem nacisku pozostaje historia oraz mechanizm impeachmentu. Ten ostatni wymaga jednak odpowiedniego układu sił w obu izbach. Tymczasem zarówno Izba Reprezentantów, jak i Senat pozostają obecnie pod kontrolą Republikanów.
Profesor Bohdan Szklarski, amerykanista z Uniwersytetu Warszawskiego, w swoich analizach wskazuje na zaskakującą słabość pozycji Trumpa. Jego zdaniem ogłoszenie zaprzestania ataków oznacza, że prezydent znalazł się w trudnym położeniu. Według naukowca to właśnie gospodarzowi Białego Domu bardziej zależy na tym, by rozejm przekształcił się w trwały koniec wojny, niż samemu Iranowi. Takie odwrócenie ról to znacząca zmiana wcześniejszej dynamiki konfliktu.
Listopadowy cień nad MAGA
Polski ekspert zwraca uwagę na coraz wyraźniejsze pęknięcia w obozie republikańskim, które mogą okazać się znacznie groźniejsze niż formalne procedury prawne. Przesuwanie kolejnych terminów oraz brak ostatecznej daty zakończenia rozejmu odczytywane są jako oznaka słabości przywództwa. Szklarski podkreśla, że taki sposób działania spotyka się z rosnącą krytyką nawet wśród zwolenników ruchu MAGA. Również szeregowi politycy Partii Republikańskiej zaczynają obawiać się, że prezydent pociągnie ich na dno.
Profesor zwraca uwagę, że Donald Trump nie odczuwa żadnej presji wynikającej z obowiązującego prawa i prawdopodobnie zignoruje termin 1 maja. Według amerykanisty gospodarz Białego Domu wykorzysta przysługującą mu możliwość przedłużenia okresu o 30 dni, przesuwając krytyczną datę na 31 maja. Sam mechanizm wyznaczania kolejnych czerwonych linii i ich konsekwentnego przekraczania zaczyna budzić niepokój w samej partii. To zjawisko nabiera szczególnego znaczenia w kontekście kalendarza wyborczego.
Cała ta polityczna szachownica nabiera dodatkowego znaczenia w obliczu wyborów połówkowych zaplanowanych na 3 listopada. To właśnie wtedy Amerykanie zdecydują o nowym składzie Izby Reprezentantów, wybierając wszystkie 435 mandatów. Zmianie ulegnie również jedna trzecia składu Senatu, co oznacza obsadzenie 33 lub 34 ze 100 foteli senatorskich. Stawka tej rozgrywki jest więc niezwykle wysoka.
Wynik listopadowych wyborów może całkowicie przewartościować pozycję Donalda Trumpa w pozostałej części kadencji. Utrata kontroli nad którąkolwiek z izb otworzyłaby drogę do realnych procedur kontrolnych wobec Białego Domu. Republikanie doskonale zdają sobie sprawę z tego zagrożenia i obserwują kolejne posunięcia prezydenta z rosnącym niepokojem. Najbliższe miesiące pokażą, czy strategia Trumpa wytrzyma próbę zarówno prawną, jak i wyborczą.
Źródło: Money.pl


