Kiedy wiosną tego roku do mediów zaczęły docierać pierwsze sygnały z powiatowych urzędów pracy, niewielu traktowało je poważnie. Tymczasem za kilka tygodni okazało się, że to nie były odosobnione skargi — to był początek ogólnopolskiego kryzysu, który dotknął setki tysięcy ludzi pozostających bez pracy.
Bezrobotni słyszą: pieniędzy nie ma. Samorządy apelują do rządu, a rząd tnie
Informacje płynące z kolejnych województw układają się w jeden, spójny i niepokojący obraz. Urzędnicy coraz częściej mówią o tym otwarcie, bez owijania w bawełnę, bo sytuacja nie pozostawia miejsca na dyplomację. Eksperci i samorządowcy łapią się za głowy, a internauci od tygodni zadają jedno pytanie: jak to możliwe, że zabrakło pieniędzy dla bezrobotnych?
Na początku 2026 roku Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej zapisało w ustawie budżetowej 2,1 miliarda złotych na walkę z bezrobociem. Brzmi poważnie – dopóki nie zestawić tej kwoty z rokiem poprzednim. W 2025 roku Wojewódzkie i Powiatowe Urzędy Pracy dysponowały łącznie 3,6 miliarda złotych. Oznacza to, że środki na aktywizację bezrobotnych skurczyły się w skali kraju o ponad 40 procent – o blisko półtora miliarda złotych.
Skutki tych decyzji odczuł między innymi Jarosław, mieszkaniec Małopolski, który kilka dni temu zgłosił się do lokalnego Powiatowego Urzędu Pracy po dotację na założenie własnej firmy. Usłyszał krótko: w tym roku pieniędzy nie będzie. Jego historia nie jest wyjątkiem – to codzienność w urzędach pracy od Tatr po Mazury.
Dyrektorzy placówek przestali już milczeć. Dyrektor jednego z małopolskich PUP-ów przyznaje wprost, że nie ma środków ani na dotacje dla przyszłych przedsiębiorców, ani na prace interwencyjne. Dodaje, że jeśli rok temu mógł kierować ludzi na sześciomiesięczne staże, to teraz jest w stanie zaoferować najwyżej trzy miesiące. Młodzi wchodzący na rynek pracy mogą zapomnieć o szkoleniach podnoszących kwalifikacje.
Warmia, Lubelszczyzna, Małopolska – skala dramatu
Zdecydowanie najtrudniejsza sytuacja panuje w województwie warmińsko-mazurskim, gdzie urzędy pracy otrzymały średnio o 82 procent mniej środków niż rok temu. Rada powiatu węgorzewskiego jako jedna z pierwszych zdecydowała się na formalne stanowisko w tej sprawie – i nie bez powodu.
Finansowanie tamtejszego urzędu pracy spadło aż o 84 procent: z około 1,2 miliona złotych do zaledwie 195 tysięcy złotych. Wicestarosta węgorzewski Robert Nowacki podkreśla, że taka redukcja w praktyce oznacza brak środków już w drugim kwartale roku – nie będzie staży, prac interwencyjnych ani dotacji na doposażenie stanowisk pracy.
Wójt gminy Barciany Marta Kamińska poinformowała mieszkańców, że w 2026 roku nie będzie możliwości organizowania ani robót publicznych, ani prac społeczno-użytecznych – form aktywności, które dla wielu osób stanowiły realne wejście lub powrót na rynek pracy. Sprzeciw wobec cięć wyraził też Konwent Powiatów Województwa Warmińsko-Mazurskiego, ostrzegając przed poważnym zagrożeniem dla stabilności lokalnych rynków pracy.
Równie dramatyczna jest sytuacja w Lubelskiem – największym regionie wschodniej Polski. Tamtejszy Wojewódzki Urząd Pracy otrzymał w bieżącym roku zaledwie 16,8 miliona złotych, podczas gdy rok wcześniej dysponował kwotą 122,1 miliona. To cięcie o ponad 83 procent. PUP w Zamościu dostał 1,5 miliona złotych wobec 11,6 miliona w roku ubiegłym – spadek o 87 procent.
Rzecznik prasowy WUP w Lublinie Katarzyna Link potwierdza, że wiele instytucji podjęło już formalne działania, domagając się zwiększenia finansowania. W Limanowej natomiast dyrektor PUP Marek Młynarczyk mówi bez ogródek o prawdziwym szoku – jego placówka otrzymała jedynie około 3 miliony złotych zamiast 14,5 miliona sprzed roku, co oznacza spadek o 79 procent.
Rekordowe miliardy w skarbcu, a bezrobotni bez wsparcia
Paradoks tej sytuacji jest trudny do zignorowania. Fundusz Pracy – mechanizm finansowany ze składek pracodawców, istniejący od 1933 roku, którego głównym celem jest pomoc osobom bez pracy – ma na koniec 2026 roku zgromadzić rekordowe 28 miliardów złotych. Pieniędzy nie trzeba wydawać w tym samym roku, co pozwala ministerstwu je pomnażać. Tymczasem na aktywizację bezrobotnych resort zdecydował się przeznaczyć niespełna jedną dziesiątą tej kwoty.
Jeden z byłych dyrektorów Wojewódzkiego Urzędu Pracy wskazuje, że środki Funduszu Pracy nie pochodzą z podatków, lecz wyłącznie ze składek pracodawców – i stawia pytanie, czy rząd zamierza przeznaczyć je na inne cele. Porównuje ewentualny taki scenariusz do kontrowersyjnego przejęcia środków z OFE. Zaznacza przy tym, że szczególnie zaskakuje go fakt, iż na taką decyzję godzi się minister wywodząca się z Lewicy.
Urzędnicy z Wielkopolski – gdzie cięcia wyniosły „tylko” 50 procent – zwracają uwagę na dodatkowy absurd. Nowa ustawa o rynku pracy z połowy ubiegłego roku umożliwia łączenie różnych form aktywizacji, na przykład prac interwencyjnych ze szkoleniami, co teoretycznie powinno prowadzić do zwiększenia nakładów, a nie ich redukcji.
Tymczasem środki stopnieją o połowę nawet w regionach z niskim bezrobociem, takich jak Poznań, gdzie bez pracy pozostaje zaledwie 1,4 procent mieszkańców. Urzędnicy ostrzegają, że skutkiem cięć może być wzrost bezrobocia i odpływ pracowników do szarej strefy. Onet skierował pytania do Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej — do chwili publikacji resort nie udzielił odpowiedzi, choć biuro prasowe zapewniło, że nastąpi to możliwie najszybciej.
Źródło: Onet, RMF24


