in

Etaty znikają, o podwyżce można pomarzyć. Nadciąga katastrofa na rynku pracy

Bezrobocie rośnie najszybciej od lat, zwolnienia grupowe biją rekordy, a Polacy masowo wyszukują w sieci słowo „bezrobocie”. Czy rynek pracy właśnie się załamuje, czy to tylko statystyczny miraż?

bezrobocie w polsce 2026
Fot. Depositphotos

Media zalane są niepokojącymi informacjami z polskiego rynku pracy. Sygnały napływające z różnych stron – od Głównego Urzędu Statystycznego, przez urzędy pracy, po korporacje planujące masowe redukcje zatrudnienia – układają się w obraz, który budzi coraz większy niepokój wśród milionów pracujących. Polacy, głęboko naznaczeni traumatycznym doświadczeniem masowego bezrobocia z przełomu wieków, reagują nerwowo na każdy niepokojący sygnał. I trudno im się dziwić – zbiorowa pamięć o kolejkach przed urzędami pracy wciąż jest żywa.

Polacy znów boją się utraty pracy. Dane z urzędów mrożą krew w żyłach

Przez ostatnie siedem lat przyzwyczailiśmy się do komfortu – pracodawcy zabiegali o pracowników, pensje rosły w zawrotnym tempie, a o etat nie trzeba było specjalnie walczyć. Rynek pracownika wydawał się czymś trwałym, niemal naturalnym stanem rzeczy, który miał już na stałe zagościć nad Wisłą. Tymczasem w ostatnich tygodniach na powierzchnię wypływają dane, które każą zrewidować ten optymizm. Skala zainteresowania tematem utraty zatrudnienia osiągnęła w tygodniu 8–14 lutego rekordowo wysoki poziom w wyszukiwarkach internetowych. Polacy wyraźnie zaczynają się niepokoić.

Atmosfera robi się gorąca również na scenie politycznej. Opozycja alarmuje o nadciągającej katastrofie na rynku zatrudnienia, rząd ripostuje, że sytuacja pozostaje pod kontrolą i nie ma powodów do paniki. Prawda – jak to zwykle bywa – leży gdzieś pośrodku, ale jej odkrycie wymaga zagłębienia się w dane, które opowiadają znacznie bardziej złożoną i wielowarstwową historię niż prostackie slogany z jednej czy drugiej strony barykady politycznej.

Widmo przeszłości nie daje o sobie zapomnieć

Aby zrozumieć dzisiejsze emocje, trzeba cofnąć się do lutego 2003 roku, kiedy bezrobocie osiągnęło astronomiczny pułap niemal 21 procent. W urzędach pracy figurowało wówczas blisko 3,35 miliona osób – liczba, która dziś wydaje się abstrakcyjna. Od początku transformacji aż do mniej więcej 2015 roku Polacy żyli w warunkach permanentnego braku stabilnego zatrudnienia – kiepskie umowy, fatalne warunki pracy, minimalna ochrona pracownicza i brak perspektyw. To właśnie te realia pchnęły po wejściu do Unii Europejskiej, w latach 2004–2006, około 1,5 miliona młodych ludzi na emigrację zarobkową.

Przełom nastąpił dopiero w połowie minionej dekady. Wprowadzenie stawki godzinowej, ograniczenie umów terminowych, systematyczne podnoszenie płacy minimalnej i znakomita koniunktura gospodarcza – wszystko to ściągnęło wskaźnik bezrobocia w okolice 5 procent. Polska wskoczyła na podium unijnych rankingów zatrudnienia. Nastała era rynku pracownika i przez kilka lat wydawało się, że stare demony odeszły bezpowrotnie.

To pokoleniowe doświadczenie masowego braku pracy i emigracyjnej traumy sprawia jednak, że każda negatywna informacja z rynku zatrudnienia trafia na niezwykle podatny grunt społecznych lęków. A takich informacji ostatnio nie brakuje – i to wcale nie tylko w nagłówkach tabloidów, ale przede wszystkim w oficjalnych raportach statystycznych. Co ciekawe, w styczniu tego roku kolejne 160 firm w kraju ogłosiło zamiar masowego cięcia etatów.

Liczby, które elektryzują opinię publiczną

GUS potwierdził, że stopa bezrobocia rejestrowanego na początku 2026 roku sięgnęła 6 procent – to skok o 0,3 punktu procentowego względem grudnia i aż o 0,6 punktu w porównaniu z analogicznym okresem rok wcześniej. Na koniec miesiąca w urzędach pracy zarejestrowanych było 934,1 tysiąca osób, co oznacza wzrost o ponad 11 procent rok do roku. Tak wysokiego poziomu nie notowano od września 2021 roku, gdy gospodarka wciąż nie otrząsnęła się po pandemii.

Do tego dochodzi rekordowa od czasu kryzysu finansowego z 2009 roku liczba pracowników zgłoszonych do zwolnień grupowych – blisko 100 tysięcy w samym 2025 roku. Nawet po odjęciu redukcji zapowiedzianych przez Pocztę Polską ta statystyka pozostaje alarmująco wysoka. Pogorszenie ma charakter ogólnokrajowy – bezrobocie podskoczyło we wszystkich szesnastu województwach.

Najtrudniej jest tradycyjnie na Warmii i Mazurach, gdzie wskaźnik otarł się o dwucyfrową barierę, osiągając 9,9 procent. Najlepiej wypada Wielkopolska z wynikiem 3,8 procent. Szczególnie niepokoi dynamika zmian w regionach dotąd uznawanych za stabilne – województwo lubuskie zanotowało największy roczny wzrost, aż o 1,2 punktu procentowego. Wyraźne pogorszenie widać też na Śląsku i w Łódzkiem, czyli regionach o silnej bazie przemysłowej.

Ministra pracy Agnieszka Dziemianowicz-Bąk, komentując dane na antenie Polsat News, zapewniła, że resort nie bagatelizuje przyczyn wzrostu bezrobocia i szczególną uwagę zwraca na sytuację młodych. Wskazała na sezonowość – wyjątkowo surową zimę hamującą wiele prac – oraz na zmiany zasad rejestracji w urzędach pracy jako czynniki zawyżające statystyki. Rzeczywiście, nowelizacja ustawy o rynku pracy uchwalona latem 2025 roku umożliwiła rejestrację według miejsca zamieszkania zamiast zameldowania, a jednocześnie utrudniła urzędom wykreślanie osób z rejestrów. To mogło sztucznie podnieść odczyty.

Demograficzna masakra nabiera tempa

Dane z Badania Aktywności Ekonomicznej Ludności rysują jednak mniej dramatyczny obraz. Warto w tym miejscu wyjaśnić, że BAEL stosuje ankietową metodologię odmienną od bezrobocia rejestrowanego – nie jest zniekształcony przez osoby zapisujące się do urzędów wyłącznie po to, by uzyskać prawo do świadczeń zdrowotnych z NFZ. W trzecim kwartale 2025 roku padł absolutny rekord liczby pracujących od 1989 roku – 17,36 miliona osób.

Czwarty kwartał potwierdził stabilność tego wyniku – zatrudnionych było 17,35 miliona, praktycznie bez zmian. Bezrobocie liczone metodą BAEL wynosi zaledwie 3,2 procent, choć i tu widać przyrost o 72 tysiące osób bez pracy rok do roku, co sam GUS określa jako zmianę „wyraźnie wyższą”. Maleje również liczba biernych zawodowo – do rekordowo niskich 12,45 miliona – co dowodzi, że rynek wciąż wchłania każdego, kogo tylko może.

Kluczowym buforem bezpieczeństwa pozostaje demografia. Z rynku pracy odchodzą roczniki wyżu z lat 60., liczące 550–670 tysięcy urodzeń, a wchodzą na niego pokolenia z przełomu wieków, gdy rodziło się zaledwie około 370 tysięcy dzieci rocznie. Daje to strukturalny niedobór rzędu 200–300 tysięcy pracowników każdego roku. Przy takim deficycie powrót do dwucyfrowego bezrobocia jest praktycznie niemożliwy. Wspiera to również PKB rosnące w tempie 4 procent.

Prezes Instytutu Badań Strukturalnych Piotr Lewandowski trafnie opisuje nadchodzącą rzeczywistość jako „czas niedopasowań”. Nie wróci dramat sprzed dwudziestu lat, ale skończy się też bezwarunkowe dyktowanie warunków przez pracowników. W branżach takich jak centra usług outsourcingowych czy przemysł motoryzacyjny sytuacja będzie się pogarszać, a kolejne fale zwolnień grupowych mogą dotknąć kolejnych sektorów. Tam jednak, gdzie potrzebni są wysoko wykwalifikowani specjaliści, rynek nadal będzie sprzyjał zatrudnionym.

Stąd właśnie niedopasowanie – w jednych sektorach redukcje etatów, w innych desperackie poszukiwanie rąk do pracy. Do tego dochodzi rosnąca rola sztucznej inteligencji, która coraz dynamiczniej będzie przebudowywać strukturę zapotrzebowania na pracę i zmieniać charakter wielu stanowisk. Pracodawcy zyskają lepszą pozycję negocjacyjną – łatwiej im będzie znaleźć i utrzymać ludzi, zmniejszy się rotacja, a dynamika wzrostu wynagrodzeń wyhamuje. Można się też spodziewać większej niepewności umów, wzrostu kontraktów terminowych i lekkiego poszerzenia szarej strefy, bo łatwiej będzie wymusić na pracowniku akceptację mniej korzystnych warunków.

Ministerstwo pracy podkreśla, że styczniowy przyrost bezrobotnych był procentowo mniejszy niż w analogicznych miesiącach 2023 i 2024 roku – odpowiednio 5,3 procent wobec 5,6 i 6,2 procent. To argument za tym, by nie wpadać w panikę, ale zdecydowanie za mało, by machnąć ręką na obawy milionów pracujących Polaków, którzy zbyt dobrze pamiętają, jak smakuje brak pracy. Zbyt długo wydobywaliśmy się z otchłani bezrobocia i bylejakości zatrudnienia, by teraz pozwolić sobie na lekceważące wzruszenie ramion.

ardanowski o kaczyńskim

Kaczyński ma dość. Jest wściekły na Morawieckiego. Na celowniku jeszcze trzy nazwiska

Pilna decyzja Tuska. Chodzi o stopnie alarmowe. Nie jest to dobra wiadomość