Od niedzieli nad Polską zaczną zbierać się ciemne chmury — dosłownie. Nadchodzi wyjątkowo groźny niż, który przyniesie niewidziane od dawna zjawiska. Meteorolodzy biją na alarm, a eksperci przypominają scenariusze z 2004 roku. Które regiony kraju ucierpią najbardziej?
Koniec słońca i ciepła. Polska szykuje się na gwałtowną zmianę pogody
Jeszcze kilka dni temu trudno było narzekać na pogodę. Temperatura w wielu miejscach kraju podskoczyła do 20 stopni, słońce zachęcało do spacerów, a ziemia zaczęła w końcu oddychać po zimie. Polacy odetchnęli z ulgą — wiosna wydawała się pewna i stabilna.
Tyle że polska wiosna potrafi zaskoczyć w najmniej oczekiwanym momencie. Meteorolodzy od jakiegoś czasu śledzili sytuację nad środkową Europą z rosnącym niepokojem. Coś się zbliżało — i to coś nie zapowiadało się na kolejne słoneczne dni.
Już w niedzielę, 19 kwietnia, sceneria ma się diametralnie zmienić – nad środkową Europą zacznie dominować bardzo wilgotny układ niskiego ciśnienia, który swoim zasięgiem obejmie również Polskę. Pogoda, która przez kilka dni cieszyła, ustąpi miejsca zupełnie innej aurze.
Takich opadów dawno w Polsce nie było. Rzeki mogą nie wytrzymać
Kiedy mówi się o „dużych opadach”, wyobraźnia podsuwa obraz zwykłej deszczowej niedzieli. Tym razem jednak skala może być zupełnie inna. W centrum i na zachodzie kraju w ciągu zaledwie trzech dni ma spaść nawet 30 litrów wody na metr kwadratowy.
Na południu prognozy są jeszcze bardziej wymowne — tam łączna suma opadów może osiągnąć 60 litrów na metr kwadratowy. Lokalnie, szczególnie na pogórzu i w Karpatach, wartość ta może przekroczyć 100 litrów. To ilość, która w normalnych warunkach rozłożona byłaby na kilka tygodni.
Tak nagromadzona woda to poważne obciążenie dla rzek i infrastruktury. Eksperci ostrzegają przed możliwymi wezbraniami na rzekach, a także przed lokalnymi podtopieniami. Przez te kilka dni ostrożność będzie naprawdę wskazana.
Potężny niż nad Polską. Czy czeka nas powódź rodem z września 2024 roku?
Jest jeden czynnik, który nieco uspokaja — obecny stan rzek. Po długim okresie niedoborów opadów poziom wód jest stosunkowo niski, co oznacza, że koryta mają pewną rezerwę i mogą przyjąć sporą część nadchodzącej deszczówki. To dobra wiadomość, choć niepozbawiona zastrzeżeń.
Z punktu widzenia rolnictwa i gospodarki wodnej, nadchodzące deszcze mogą okazać się wręcz potrzebne — roślinnością dopiero budzi się po zimie i potrzebuje wilgoci. Problem w tym, że gwałtowne, intensywne opady to nie to samo co regularne, umiarkowane deszcze. Woda, która spada szybko i w dużych ilościach, nie wsiąka w głąb gleby — spływa po powierzchni, zamiast ją nawadniać.
Trzeba też pamiętać, że niże napływające do Polski z południa mają opinię trudnych do przewidzenia. Wrzesień 2024 roku dobitnie o tym przypomniał — podobny układ pogodowy doprowadził wówczas do poważnych powodzi. Prognozy dziś są spokojniejsze, ale sytuacja wymaga stałego monitorowania. Lepiej być przygotowanym i się mylić, niż dać się zaskoczyć.


