Coś się zmienia w polskich finansach publicznych i nie jest to zmiana na lepsze. Z dokumentów przyjętych przez rząd 28 kwietnia wyłania się obraz państwa, które wydaje znacznie więcej, niż zarabia, i robi to w tempie, jakiego jeszcze nie widzieliśmy. Dane są twarde, a konsekwencje — bardzo realne.
Polska przekroczy unijny próg długu. Rządowe dokumenty ujawniają liczby, których nikt się nie spodziewał
Podczas posiedzenia Rady Ministrów rząd zatwierdził dwa kluczowe dokumenty planistyczne. Pierwszy to projekt sprawozdania z wdrażania średniookresowego planu budżetowo-strukturalnego na lata 2025–2028. Drugi to projekt wieloletnich założeń makroekonomicznych na lata 2026–2030. Oba służą jednocześnie jako raport dla Brukseli o stanie polskiej polityki fiskalnej i jako podstawa do prac nad budżetem na rok 2027. Zanim trafiły na stół rządowy, ich wstępna treść dotarła do mediów — i to właśnie ona jest źródłem niepokojących sygnałów.
Ministerstwo Finansów prognozuje, że deficyt sektora finansów publicznych liczony metodą unijną utrzyma się w tym roku na poziomie 6,8 proc. PKB. To wynik gorszy od tego, co zakładała ustawa budżetowa — tam mówiono o 6,5 proc. Resort tłumaczy rozbieżność kilkoma czynnikami: słabszym wykonaniem wpływów z VAT w poprzednim roku, skutkami rozliczeń instrumentu SAFE oraz zawetowaniem przez prezydenta Karola Nawrockiego zmian podatkowych w akcyzie i opłacie cukrowej.
Dorzucić trzeba jeszcze jeden element, którego w analizowanych dokumentach zabrakło. Rządowy pakiet „Ceny Paliwa Niżej”, który wszedł w życie na pełną skalę w kwietniu, generuje miesięczny ubytek wpływów podatkowych rzędu 1,6 mld zł. Rząd sam przyznaje, że nie wie, jak długo pakiet będzie obowiązywał — a to oznacza, że rzeczywisty deficyt może być jeszcze wyższy niż prognozowany.
Polska powyżej unijnego progu zadłużenia. Co to oznacza w praktyce?
Poza deficytem bieżącym ekonomiści wskazują na inny wskaźnik, który powinien budzić więcej niepokoju. Deficyt strukturalny — mierzący stan finansów przy pełnym wykorzystaniu mocy produkcyjnych gospodarki — ma na koniec 2025 roku wynieść aż 7 proc. PKB. To wartość wyższa niż faktycznie prognozowany wynik bieżący, co dowodzi, że problemów z finansami publicznymi nie da się zrzucić wyłącznie na cykliczne wahania koniunktury.
Pewną ulgę daje klauzula wyjścia, przewidziana w unijnych przepisach. Pozwala ona krajom o wysokich wydatkach zbrojeniowych odliczyć ich część od liczonego deficytu. W przypadku Polski to ulga rzędu 3,1 proc. PKB, ponieważ wydatki na zbrojenia zbliżają się do 5 proc. PKB. Bez tej klauzuli polska sytuacja budżetowa wyglądałaby na papierze jeszcze gorzej.
Narastający deficyt przekłada się bezpośrednio na poziom długu. Na koniec 2025 roku relacja długu sektora finansów publicznych do PKB osiągnęła niemal 60 proc. Ministerstwo Finansów prognozuje, że w 2026 roku wskaźnik ten sięgnie 65,1 proc. — co samo MF kwalifikuje jako przekroczenie unijnego progu ostrożnościowego wynoszącego 60 proc. PKB.
Dla porównania: jeszcze na koniec 2023 roku polskie zadłużenie nie przekraczało 50 proc. PKB. W ciągu zaledwie trzech lat Polska przeskoczyła o kilkanaście punktów procentowych. Unijna średnia wynosi co prawda 81 proc. PKB, więc formalnie nie jesteśmy w dramatycznej sytuacji — ale tempo przyrostu jest bezprecedensowe i właśnie ono niepokoi najbardziej.
Skąd bierze się rosnące zadłużenie państwa?
Dlaczego dług rośnie tak szybko? Odpowiedź jest w zasadzie jednosłowna: zbrojenia. Rosnące potrzeby pożyczkowe państwa wynikają przede wszystkim z działalności Funduszu Wsparcia Sił Zbrojnych, który finansuje modernizację armii i zakupy sprzętu wojskowego. Fundusz obsługiwany jest przez Bank Gospodarstwa Krajowego, a jego zadłużenie wliczane jest do unijnej miary długu publicznego.
Metodologia unijna i krajowa liczą dług inaczej — i ta różnica jest ważna. Konstytucyjny próg zadłużenia na poziomie 60 proc. PKB odnosi się do węższej definicji państwowego długu publicznego. Według tej miary ani w 2025, ani w 2026 roku Polska nie jest zagrożona jego przekroczeniem. Nie zmienia to jednak faktu, że w ujęciu unijnym przekraczamy już czerwoną linię i to wyraźnie.
Rząd deklaruje, że nie planuje cięć wydatków na obronność ani korekt w programach socjalnych. Strategia redukcji deficytu opiera się na innych mechanizmach. Mrożenie kwoty wolnej od podatku i progu podatkowego w PIT ma przynieść budżetowi około 11 mld zł rocznie. Wyższy CIT dla banków powinien dać kolejne 6 mld zł, a zmiany w akcyzie zgodne z mapą drogową — podobną kwotę.
Wpływy z VAT będą jednak niższe od planów o blisko 4 mld zł — głównie dlatego, że zakupy zbrojeniowe w ramach programu SAFE korzystają ze zwolnienia z tego podatku. Rząd planuje też kolejne podejście do ustaw zawetowanych przez prezydenta Nawrockiego: podwyżki akcyzy na alkohol, piwo, wino i napoje fermentowane, wyższą opłatę cukrową, wzrost zryczałtowanego PIT od wygranych z 10 do 15 proc. oraz uszczelnienie opodatkowania fundacji rodzinnych w CIT. Prezydent sygnalizował, że mógłby zaakceptować te zmiany, gdyby ich wpływy trafiały w całości na ochronę zdrowia — co stawia pod znakiem zapytania, czy kolejna próba legislacyjna zakończy się sukcesem.
Rok wyborczy 2027 pod znakiem oszczędności. Oto rządowy plan na dziurę budżetową
Rok 2027 to rok wyborczy. Dokumenty rządowe dają już pewien obraz tego, z czym rządzący zamierzają pójść do wyborców. Na razie zapowiedzi są zachowawcze. Programy społeczne — 800 plus, „Aktywny rodzic”, wzrost renty wdowiej — mają być kontynuowane zgodnie z obowiązującymi przepisami. Rząd liczy, że stabilna sytuacja na rynku pracy przełoży się na wzrost konsumpcji: o 3,7 proc. w tym roku i 3,4 proc. w przyszłym.
Pracownicy sfery budżetowej mogą liczyć na podwyżki — ale nie większe niż inflacja. Prognozowany wskaźnik inflacji na lata 2025–2026 to średniorocznie 2,5 proc. i właśnie ten pułap ma wyznaczać wzrost wynagrodzeń w sektorze publicznym. Realna siła nabywcza pracowników budżetówki zatem nie wzrośnie.
Emeryci znajdą się w podobnej sytuacji. Przy prognozowanej inflacji 2,5 proc. i realnym wzroście płac na poziomie 3,4 proc. minimalny wskaźnik waloryzacji świadczeń wyniósłby 3,18 proc. Byłby to najniższy wynik od 2019 roku, kiedy waloryzacja sięgnęła 2,86 proc. Rząd może podjąć własną decyzję o wyższej waloryzacji — ustawa przewiduje jedynie minimum, górnej granicy nie wyznacza. Faktyczny wskaźnik zostanie ogłoszony w lutym 2027 roku na podstawie rzeczywistych danych za 2026 rok. Warto pamiętać, że tegoroczna waloryzacja miała wynieść 4,8 proc., a ostatecznie sięgnęła 5,3 proc.
Prognozy wzrostu PKB zakładają 3,6 proc. w 2025 roku i 3,1 proc. w 2026 roku. Ministerstwo Finansów zastrzega, że wiele zależy od sytuacji geopolitycznej, w tym od scenariusza konfliktu z udziałem USA, Izraela i Iranu. Ewentualne wstrząsy gospodarcze przy tak wysokim deficycie uderzyłyby w polskie finanse ze zdwojoną siłą. W czasie kryzysu finansowego w 2009 roku i w czasie pandemii różnica między wpływami a wydatkami sięgała wartości dwucyfrowych — dziś margines bezpieczeństwa jest wyraźnie węższy.

