Polska polityka ma toksyczny problem, o którym mało kto mówi wprost. Wrogość wobec urzędującego prezydenta sięga poziomu, jakiego kraj nie widział od lat. Politycy koalicji rządzącej, znani aktorzy i prawnicy licytują się w ostrych atakach na głowę państwa. Atmosfera gęstnieje, a czwarty zamach na Donalda Trumpa w USA powinien uświadomić Polakom, jak cienka bywa granica między agresywną retoryką a realnym zagrożeniem – pisze Stanisław Janecki na łamach „Sieci”.
Kto podsyca nienawiść do prezydenta? Tego nie da się już dłużej ignorować
Prezydent Karol Nawrocki od objęcia urzędu stał się obiektem nieustannych ataków ze strony rządzącej koalicji. Premier Tusk, szef MSZ Sikorski, minister Kierwiński oraz dziesiątki posłów traktują go otwarcie jako przeszkodę. Wielokrotnie padały sugestie, że byłoby lepiej, gdyby Nawrockiego po prostu nie było na urzędzie. Ten sam mechanizm od lat obserwujemy za oceanem wobec Donalda Trumpa.
Do politycznych ataków dołączają celebryci, co daje kampanii nienawiści szerszy odbiór. W USA Robert De Niro i Meryl Streep od lat prowadzą otwartą wojnę słowną z Trumpem. De Niro deklarował chęć uderzenia prezydenta i obsypywał go wulgarnymi epitetami. W Polsce podobną rolę przejęli Andrzej Seweryn i Joanna Szczepkowska, których słowa trafiają do sympatyków Koalicji Obywatelskiej i Lewicy.
Szczepkowska od początku 2026 roku atakuje prezydenta Nawrockiego coraz ostrzejszym językiem. W styczniu określiła go jako osobę o pustych oczach i martwym intelekcie. W lutym nazwała go szkodnikiem. W marcu poszła jeszcze dalej, używając słów takich jak „zwykły żul” i „uliczny żul”. Na swoim profilu w mediach społecznościowych zestawiła nazwisko prezydenta z nazwiskiem Hitlera.
Tusk sugerował powiązania Nawrockiego ze światem przestępczym, co stało się podstawą roszczeń prawnych o naruszenie dóbr osobistych. Poseł KO Artur Łącki został pozwany za wypowiedzi, które prezydent określił jako celowe kłamstwa i podżeganie. Spirala wrogości nie zwalnia tempa.
Prawne sztuczki i marzenia o detronizacji
Nienawiść do Nawrockiego ma nie tylko emocjonalny wymiar. Za kulisami toczy się gra o prawne usunięcie prezydenta z urzędu. Roman Giertych forsuje koncepcję, w której odzyskany przez koalicję Trybunał Konstytucyjny stwierdziłby niezdolność prezydenta do sprawowania funkcji. Fotel przejąłby wówczas marszałek Sejmu Włodzimierz Czarzasty.
Giertych sam nie szczędzi Nawrockiemu ostrych słów. W marcu 2026 roku nazwał prezydenta „uzurpatorem” i zarzucił mu chamstwo. Radził, by głowa państwa skorzystała z okazji do milczenia i poszła na siłownię. Profesorowie prawa Andrzej Zoll, Wojciech Sadurski i Marek Saijan dostarczają intelektualnego zaplecza dla koncepcji odsunięcia Nawrockiego.
Sadurski poszedł najdalej, określając prezydenta mianem „kandydata na zamordystę” i „uczestnika igrzysk łgarzy”. Polska pod rządami Nawrockiego miałaby być, według niego, mroczną dystopią. Na gruncie prawa usunięcie zdrowego, sprawującego urząd prezydenta tą drogą nie ma podstaw. Sama koncepcja żyje jednak i ma gorliwych promotorów.
Nawet gdyby taki scenariusz ziścił się formalnie, byłby de facto zamachem na konstytucyjny porządek. W atmosferze rosnącej nienawiści mógłby pojawić się ktoś, kto uzna, że prezydent powinien zniknąć nie tylko z urzędu. Od słów do czynów droga bywa krótsza, niż ktokolwiek chciałby przyznać.
Lekcja, której Polska nie odrobiła
Doświadczenia z przeszłości powinny być ostrzeżeniem. Lech Kaczyński przez lata był obiektem podobnej nienawiści. Tusk sam powiedział kiedyś, że nie potrzebuje prezydenta. Ta wrogość, choć nie doprowadziła do spisku wewnątrz kraju, mogła ułatwić działania na styku z obcymi siłami, co po rozdzieleniu wizyt w Katyniu doprowadziło do tragedii smoleńskiej.
Przy okazji katastrofy smoleńskiej okazało się, jak bardzo zawiodło Biuro Ochrony Rządu. Wyliczono około dwudziestu poważnych błędów w zabezpieczeniu wizyty prezydenta Kaczyńskiego. Funkcjonariusze nie sprawdzili lotniska Smoleńsk-Siewiernyj przed lądowaniem i nie przeprowadzili kontroli pirotechnicznej. Nie znali nawet numeru telefonu satelitarnego na pokładzie Tu-154M.
Zaniedbania były systemowe. Nikt nie zbadał zapasowych lotnisk. Biegli podczas procesu stwierdzili, że organizacja ochrony łamała nawet wewnętrzne zasady Biura. Na lotnisku nie czekał ani jeden oficer BOR. Wyznaczono funkcjonariuszy bez doświadczenia w wizytach zagranicznych, nie wskazano dowódców zabezpieczenia, a łączność w Rosji nie działała. Wiceszef BOR gen. Paweł Bielawny został za te błędy skazany na półtora roku więzienia w zawieszeniu za niedopełnienie obowiązków. Sąd uznał, że zaniedbania stworzyły realne zagrożenie dla bezpieczeństwa prezydenta.
Ta sprawa pokazuje, że państwowa ochrona nie daje gwarancji bezpieczeństwa najważniejszej osoby w kraju. Dawne BOR, obecna SOP, to instytucje złożone z ludzi, którzy popełniają błędy, a niekiedy świadomie odstępują od procedur. Gdy dochodzi do tego atmosfera pogardy wobec głowy państwa, ochrona staje się iluzoryczna.
Groźby, które przestały być abstrakcyjne
Zagrożenie wobec Nawrockiego nie ogranicza się do ostrej retoryki. W listopadzie 2025 roku, przed meczem Polska-Holandia na Stadionie Narodowym, anonimowy użytkownik platformy X zamieścił pod zdjęciem prezydenta fotografię mężczyzny z pistoletem i podpis: „Do zobaczenia, Karolku”. Policja zatrzymała podejrzanego, 19-letniego ucznia szkoły zawodowej.
Młody mężczyzna usłyszał zarzut kierowania gróźb karalnych. Przyznał się do winy i wyraził skruchę. Prokurator objął go dozorem policji i zakazem zbliżania się do prezydenta oraz budynków Kancelarii Prezydenta. SOP złożyła formalne zawiadomienie do prokuratury. Najbardziej niepokoi fakt, że myśl o zamachu na prezydenta zrodziła się w głowie bardzo młodego człowieka, u którego emocje wzięły górę nad rozsądkiem.
Podobne wzorce widać w USA. Thomas Matthew Crooks, który 13 lipca 2024 roku strzelał do Trumpa podczas wiecu w Butler w Pensylwanii, miał 20 lat. W tym samym wieku był Michael Steven Sandford, który w 2016 roku próbował odebrać broń policjantowi na wiecu w Las Vegas, żeby zastrzelić ówczesnego kandydata na prezydenta. Młodzi ludzie rozgrzani atmosferą nienawiści stają się potencjalnymi wykonawcami najgorszych scenariuszy.
Groźby pod adresem polskich prezydentów to nie nowość. W sierpniu 2009 roku, podczas obchodów rocznicy powstania warszawskiego, BOR zatrzymało 54-letniego Mirosława B., który krzyczał, że zabije Lecha Kaczyńskiego. Świadkowie wskazali go funkcjonariuszom, ale nawet ich nie przesłuchano. Sprawę umorzono i zapomniano.
Komentarz, który zmroził krew
W lutym 2026 roku doszło do wymiany zdań, która odsłoniła prawdziwy klimat politycznej debaty. Poseł PiS Paweł Salek przypomniał w Radiu ZET słowa prezydenta Nawrockiego o tym, że gdyby coś przydarzyło się głowie państwa, funkcję przejąłby marszałek Czarzasty. Eurodeputowana Lewicy Joanna Scheuring-Wielgus zareagowała komentarzem, że byłby to „wspaniały finał”.
Salek ripostował, przypominając tragiczne okoliczności, w których Polska już raz straciła prezydenta. Odwołał się do pamięci Lecha Kaczyńskiego i momentu, gdy marszałek Bronisław Komorowski przejął tymczasowo obowiązki głowy państwa. Takie komentarze, padające z ust europarlamentarzystki, normalizują myślenie o zniknięciu prezydenta jako o czymś pożądanym.
Trudno nie przywołać tu wypowiedzi samego Donalda Tuska z grudnia 2021 roku. Przed pałacem prezydenckim cytował wersy wiersza Czesława Miłosza „Który skrzywdziłeś” o sznurze i gałęzi uginającej się pod ciężarem. Poparte nawiązaniem do słów komunistycznego premiera Józefa Cyrankiewicza z 1956 roku o odrąbywaniu rąk tym, którzy je podniosą na władzę.
Polacy pamiętają „życzenia śmierci” kierowane wobec Lecha Kaczyńskiego. Ludzie pod wpływem skrajnych emocji chcieli dokładnie tego, co głosili lub pisali. Gdy retoryka nienawiści przenika z gabinetów polityków do mediów społecznościowych, a stamtąd do głów podatnych na radykalizację jednostek, zagrożenie przestaje być teoretyczne.
Ochrona, na którą nie zawsze można liczyć
Służba Ochrony Państwa, odpowiadająca za bezpieczeństwo prezydenta, nie budzi zaufania. 9 stycznia 2024 roku policjanci wkroczyli do pałacu prezydenckiego, gdy Andrzej Duda przebywał w Belwederze na spotkaniu ze Swiatłaną Cichanouską. Policja i SOP podlegały wtedy szefowi MSWiA Kierwińskiemu.
Według szefowej Kancelarii Prezydenta Grażyny Ignaczak-Bandych funkcjonariusze nie okazali dokumentów. Wyjazd Dudy z Belwederu zablokował miejski autobus, który stanął przed bramą dokładnie wtedy, gdy prezydent chciał pilnie wrócić do pałacu po informacji o zatrzymaniu Kamińskiego i Wąsika. Operacja trwała siedemnaście minut, co wystarczyło, by wyprowadzić i wywieźć polityków.
Policja monitorowała teren pałacu, a zbieżność czasowa z zablokowaniem wyjazdu prezydenta rodzi pytania. Kierwiński ponownie stoi na czele MSWiA, nadal kieruje policją i SOP. Nie ma gwarancji, że podobny incydent się nie powtórzy. Każde takie zdarzenie obniża standardy ochrony głowy państwa.
Prezydent Nawrocki żyje w warunkach, w których codzienna wrogość ze strony polityków koalicji, medialnych sojuszników władzy i celebrytów tworzy niebezpieczną mieszankę. Ci, którzy traktują go jako przeszkodę do usunięcia, udają, że nie wiedzą, jak ich słowa mogą oddziaływać na osoby niezrównoważone lub przesiąknięte nienawiścią. A ta nienawiść nie słabnie. Wręcz przeciwnie.


