Coś się szykuje na wschodzie i nikt w Warszawie nie traktuje tego jak plotki. Od kilku miesięcy do polskich władz docierają sygnały trudne do zignorowania, a ich źródłem są amerykańskie służby. Ton tych ostrzeżeń jest na tyle poważny, że temat trafił już do najbliższego otoczenia prezydenta – informuje gazeta The Telegraph.
Waszyngton alarmuje Warszawę, a scenariusze mówią o dronach, żołnierzach i sfingowanym incydencie na granicy
Sprawa wypłynęła dzięki ustaleniom Onetu, który współpracuje z brytyjskim „The Telegraph” w ramach sieci Global Reporters Network. Rozmówcy bliscy prezydentowi Karolowi Nawrockiemu przyznają, że Stany Zjednoczone informowały Polskę o zagrożeniu już kilkukrotnie. To nie jednorazowy sygnał, lecz powtarzający się motyw w rozmowach dyplomatycznych.
Skala zagrożenia budzi niepokój, choć źródła studzą emocje i podkreślają, że decyzja w Moskwie jeszcze nie zapadła. Polskie źródła związane z bezpieczeństwem mówią wprost, że w grę wchodzi kilka wariantów działań. Nikt nie wyklucza również bardziej klasycznego scenariusza, czyli ograniczonej inwazji lądowej na wschodniej flance NATO.
Rosja od dawna testuje granice reakcji Zachodu, ale tym razem stawka może być inna. Celem nie musi być wcale zdobycie terytorium, lecz coś znacznie bardziej strategicznego. Amerykańscy i polscy analitycy wskazują, że chodzi o osłabienie determinacji całego Sojuszu.
Co dokładnie planuje Moskwa?
Według źródeł Onetu zajmujących się bezpieczeństwem, jednym z wariantów jest atak dronów na obiekty infrastruktury krytycznej, na przykład elektrownie. Innym scenariuszem są symulowane naloty, które zmusiłyby polską obronę powietrzną do uruchomienia systemów przeciwlotniczych. W najbardziej skrajnym wariancie miałoby dojść do tego, co jedno ze źródeł nazwało hybrydowym atakiem w rejonie przygranicznym, z udziałem żołnierzy rosyjskich lub białoruskich.
Najbardziej niepokojący jest sposób, w jaki Rosja mogłaby taką operację wytłumaczyć. Wkroczenie wojsk mogłoby zostać przedstawione jako przypadkowa pomyłka spowodowana awarią systemu GPS. Równie prawdopodobna wydaje się wersja o rzekomej misji ratunkowej, mającej odzyskać helikopter, który wcześniej uległ awarii.
Cel całej operacji jest, według rozmówców Onetu, dość precyzyjny. Rosja liczyłaby na to, że Polska pod presją Stanów Zjednoczonych zdecyduje się na rozmowy zamiast na natychmiastowy odwet zbrojny. Wycofanie rosyjskich żołnierzy w wyniku negocjacji, a nie z powodu militarnego przymusu, byłoby w Moskwie odbierane jako sukces, a zakończenie wsparcia dla Ukrainy mogłoby stać się głównym żądaniem.
Podważenie suwerenności Polski i pokazanie NATO jako sojuszu bez realnej siły to, zdaniem cytowanych źródeł, największe ryzyko tego scenariusza. Do przeprowadzenia takiej operacji Rosja mogłaby wykorzystać Kaliningrad, gdzie stacjonuje broń jądrowa, albo terytorium Białorusi. Analitycy podkreślają, że to jedyne realistyczne kierunki, bo rosyjska armia jest mocno zaangażowana na froncie ukraińskim.
Kim są informatorzy i co potwierdzają?
Materiał Onetu i „The Telegraph” opiera się na kilku niezależnych źródłach, co nadaje mu wagi. Pierwsze to osoba z bliskiego otoczenia prezydenta Nawrockiego, opisująca powtarzające się amerykańskie ostrzeżenia. Drugim rozmówcą jest ambasador jednego z krajów sojuszniczych w NATO, który potwierdza, że prowokacja w regionie bałtyckim lub w Polsce to poważne ryzyko. Trzecim źródłem jest przedstawiciel polskiego Ministerstwa Obrony Narodowej.
Czwarte źródło, zajmujące się bezpieczeństwem regionu bałtyckiego, potwierdziło „The Telegraph”, że w Moskwie faktycznie trwają dyskusje na temat podobnych planów. Materiał dla „The Telegraph” przygotowali Witold Jurasz piszący z Warszawy, korespondent z Berlina James Rothwell oraz redaktor działu dyplomatycznego Joe Barnes. Tekst ukazał się 3 lipca 2026 roku.
Przedstawiciel polskiego resortu obrony, cytowany przez Onet, nie ukrywa, że scenariusz prowokacji brany jest pod uwagę na poważnie. Zaznacza jednak, że Polska nie czeka bezczynnie, bo przeprowadzone zostały już ćwiczenia mające zniechęcić Moskwę do takich działań, tak by odpowiedź NATO była druzgocąca.
Europejskie źródła zajmujące się bezpieczeństwem zwracają uwagę na jeszcze jeden szczegół. Z punktu widzenia Moskwy prowokacja wymierzona w Polskę byłaby korzystniejsza niż ta skierowana przeciwko państwu bałtyckiemu. Rozmówcy Onetu podkreślają przy tym, że cała operacja nie przypominałaby klasycznej wojny, a ostateczna decyzja w Kremlu wciąż nie zapadła.
Napięcia z Ukrainą i cień nad wschodnią flanką
Sytuację komplikuje fakt, że relacje polsko-ukraińskie w ostatnich miesiącach wyraźnie się ochłodziły. Spór dotyczy między innymi odmiennego spojrzenia na historię drugiej wojny światowej oraz rywalizacji w sektorze rolnym obu krajów. Choć Polska pozostaje sojusznikiem Ukrainy w kwestiach bezpieczeństwa, pojawiają się obawy, że Moskwa może próbować pogłębić te podziały.
Nie bez znaczenia są też niedawne ćwiczenia morskie na Łotwie, w których główną rolę odegrały amerykańska marynarka wojenna i piechota morska. „The Telegraph” ustalił, że miały one jasny cel, czyli przypomnienie Moskwie, że atak na wschodnią flankę oznaczałby de facto uderzenie w wojska Stanów Zjednoczonych.
Głos w sprawie zabrał też szef niemieckich sił powietrznych Holger Neumann, który jeszcze miesiąc temu zapowiedział w rozmowie z „The Telegraph”, że Niemcy obronią każdy skrawek terytorium NATO, także Polski. Wśród potencjalnych celów w razie konfliktu wymienił Kaliningrad, Sankt Petersburg jako bazę kluczowych sił morskich, Półwysep Kolski, gdzie Rosja gromadzi broń jądrową, oraz Morze Czarne, gdzie stacjonuje rosyjska Flota Czarnomorska.
Rosja, choć osłabiona wojną w Ukrainie, wciąż zachowuje zdolność do prowadzenia działań poniżej progu otwartego konfliktu. To właśnie dlatego amerykańskie ostrzeżenia traktowane są w Warszawie z taką powagą, a kolejne tygodnie pokażą, jak zareaguje Kreml.

