Koniec kariery, początek rachunków. Artyści estrady mierzą się z brutalną prawdą o emeryturach z ZUS, a ujawnione przez Sławomira Świerzyńskiego liczby szokują nawet weteranów rynku muzycznego.
Wokalista Bayer Full płacił składki przez 37 lat. Tyle dostał emerytury
Temat świadczeń wypłacanych polskim gwiazdom co jakiś czas wraca w medialnej debacie niczym bumerang. Moment, w którym artysta schodzi ze sceny na dobre, okazuje się zwykle znacznie bardziej bolesny niż sama decyzja o zakończeniu kariery. Twardy urzędniczy kalkulator nie zna pojęcia sławy ani oklasków.
Polski system zabezpieczenia społecznego bywa wyjątkowo nieprzyjazny dla przedstawicieli wolnych zawodów. Dotyka to nie tylko literatów czy malarzy, ale także muzyków, którzy przez dekady wypełniali sale koncertowe i festiwalowe estrady. Kiedy przychodzi pora na pierwszy przelew z Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, wielu z nich łapie się za głowę.
Doświadczył tego również Sławomir Świerzyński, szef zespołu Bayer Full i jedna z najbardziej rozpoznawalnych twarzy polskiego disco polo. Jego historia uruchomiła lawinę komentarzy i ponownie rozpaliła spór o to, komu i za co należy się wsparcie z państwowej kasy.
Jak państwo przelicza ludzką starość na złotówki
Mechanizm obliczania świadczenia emerytalnego pozornie wygląda prosto. ZUS zbiera składki przez całe życie zawodowe, a potem dzieli uzbierany kapitał przez wskaźnik dalszego trwania życia publikowany przez Główny Urząd Statystyczny. Żadnej magii, żadnych cudów – czysta arytmetyka.
Według danych samego ZUS, w marcu tego roku przeciętny senior otrzymywał na konto około 4,5 tysiąca złotych brutto. To pokazuje, że system wyraźnie faworyzuje wieloletnią pracę na etacie z wysokimi składkami. Analitycy makroekonomiczni prognozują jednak, że stopa zastąpienia, czyli relacja pierwszej emerytury do ostatniej pensji, w kolejnych dekadach spadnie do zaledwie 25 procent.
By w ogóle ubiegać się o pieniądze z urzędu, trzeba najpierw osiągnąć wiek 60 lat w przypadku kobiet i 65 lat w przypadku mężczyzn. Sam staż pracy niczego nie gwarantuje. Decyduje realna wysokość potrąceń od pensji. Każda zoptymalizowana umowa czy praca poza oficjalnym obiegiem to cichy dług zaciągnięty u własnej starości.
Dlaczego gwiazdy estrady dostają pisma na kilkaset złotych
Odpowiedź kryje się w sposobie, w jaki przez lata funkcjonował rodzimy show-biznes. Piosenkarze, aktorzy i muzycy zazwyczaj rozliczali się na podstawie umów o dzieło oraz kontraktów o przeniesienie praw autorskich. Dzięki temu w kieszeni zostawało im znacznie więcej pieniędzy z każdego występu.
Haczyk polegał na tym, że takie formy współpracy najczęściej w ogóle nie generowały obowiązku płacenia składek emerytalnych. Artyści kasowali więc gigantyczne honoraria za koncerty, często wydawali je od razu, a ich konta w państwowym rejestrze świeciły pustkami. Kiedy po latach sięgali po świadczenie, okazywało się, że nie ma z czego go wyliczyć.
Powszechną praktyką było też deklarowanie oficjalnej pensji na poziomie krajowego minimum, podczas gdy gros wynagrodzenia płynęło alternatywnymi kanałami. Rzecznik ZUS zwrócił uwagę, że większość artystów opłacała składki w absolutnie najniższej możliwej wysokości – zaledwie 14 groszy miesięcznie. Nikt im nie blokował pełnego oskładkowania, ale z tej drogi zwyczajnie nie korzystali. Dla etatowca oddającego co miesiąc sporą część pensji publiczne skargi celebrytów brzmią, delikatnie mówiąc, zgrzytliwie.
Pisemko z urzędu, z którego śmiała się nawet żona wokalisty
Sprawa lidera Bayer Full wybuchła, gdy sam muzyk zdradził, jaką kwotę wyliczył mu ZUS. Artysta, który bawi publiczność od ponad czterech dekad, nie krył zaskoczenia. Po 37 latach deklarowanego opłacania składek urzędnicy przyznali mu świadczenie w wysokości 386 złotych.
W rozmowie z „Super Expressem” wokalista nie gryzł się w język. Przyznał, że nie mógł uwierzyć w liczbę widniejącą na urzędowym piśmie, a jego żona żartowała, że za tę kwotę nie zatankuje nawet ich łódki, o samochodzie nie wspominając. Świerzyński zaznaczył też, że zgodnie z przepisami i tak otrzyma minimum gwarantowane, ale samo podejście państwa do artystów określił bardzo krytycznie, mając poczucie, że ktoś tu robi sobie z nich żarty.
Muzyk sam zresztą uczciwie przyznał, że przez kilka lat jego składki trafiały do KRUS zamiast do ZUS, co dodatkowo obniżyło już i tak symboliczną kwotę. W zderzeniu z miejskimi kosztami życia 386 złotych wygląda niczym ponury żart.
Jacht, dorożki i szkoła życia dla młodych
Byłoby jednak sporym nadużyciem wrzucać frontmana Bayer Full do jednego worka z najuboższymi seniorami. Świerzyński przez lata kariery udowodnił, że popularność potrafi sprytnie zamieniać w konkretny majątek. Zamiast polegać na państwowej siatce bezpieczeństwa, zbudował własną.
Prywatny kapitał wokalisty obejmuje nowoczesny sprzęt wodny, kolekcję dorożek oraz drogie samochody. Portalowi nto.pl sam muzyk zdradził swego czasu, że zużycie paliwa jego jachtu robi wrażenie, ale wolał nie podawać konkretnych liczb, by nikogo nie drażnić. Styl życia artysty daleki jest zatem od obrazu seniora liczącego grosze do pierwszego.
Jego historia działa raczej jak poglądowa lekcja dla młodych osób wchodzących dziś na rynek pracy. Ślepe poleganie na państwowym aparacie ubezpieczeń społecznych to prosta droga do gorzkiego rozczarowania po sześćdziesiątce. Mądre odkładanie nadwyżek i inwestowanie we własne aktywa wydaje się jedyną realną polisą przed finansowym zapaścią na starość. Świerzyński tę lekcję odrobił wcześniej i dziś może ignorować pisma z ZUS bez poczucia, że traci grunt pod nogami.


