Od stycznia 2024 roku sprzedawca, który poda nastoletniemu klientowi puszkę energetyka, ryzykuje grzywnę do 2 tysięcy złotych. Ustawodawca zdecydował, że kofeina i tauryna szkodzą młodym organizmom na tyle poważnie, by zaangażować w walkę z nimi cały aparat państwowy.
Rejestr alkoholików w Polsce. Kontrowersyjny pomysł, który budzi ogromne emocje
Tymczasem dorosła osoba uzależniona od alkoholu może bez żadnych przeszkód wyjść z jednego sklepu monopolowego i wejść do kolejnego, kupując dowolne ilości substancji, która niszczy ją od lat. Dane Akademii Polonijnej w Częstochowie mówią o 4 do 5 milionach osób uzależnionych od alkoholu lub pijących w sposób ryzykowny.
Ale ta liczba to dopiero początek problemu. Szacunki wskazują, że nawet 12 milionów Polaków odczuwa negatywne skutki alkoholizmu, bo mieszka z osobą pijącą, pracuje obok niej albo wychowuje się w domu, gdzie butelka stoi na stole częściej niż obiad.
Alkoholizm w Polsce. Ilość uzależnionych mrozi krew w żyłach
Co ciekawe, młode pokolenie Z coraz częściej rezygnuje z picia. Mimo to Polska jako całość wciąż ma ogromny problem z alkoholem. Na jeden sklep oferujący alkohol przypada zaledwie 303 mieszkańców. Na jedną aptekę? Prawie 2,9 tysiąca. Łatwiej trafić na wódkę niż na receptę. Państwo potrafi regulować rynek napojów energetycznych, wytoczyło wojnę automatom z energetykami w szkołach i na dworcach.
Ale wobec alkoholu, którego skutki społeczne obejmują przemoc domową, rozpad rodzin i bezdomność, ta sama stanowczość gdzieś się ulatnia. Nastolatek z puszką Red Bulla to zagrożenie, dorosły alkoholik z torbą pełną piwa już nie. Sprzedaż alkoholu nieletnim formalnie jest zakazana od lat, a mimo to wciąż zdarza się notorycznie. Kontrola istnieje więc głównie na papierze.
Rejestr uzależnionych – lista osób, które nie kupią alkoholu
I właśnie na tym tle pojawia się pomysł, który elektryzuje opinię publiczną. Rejestr osób uzależnionych od alkoholu, do którego mieliby dostęp sprzedawcy. Kto figuruje na liście, ten alkoholu nie kupi. Brzmi prosto, ale konsekwencje takiego rozwiązania mogą być ogromne.
Przeciwnicy biją na alarm i mówią o stygmatyzacji, naruszeniu prywatności oraz ryzyku powstawania swoistych „list wykluczonych”. Obawiają się nadużyć i społecznego napiętnowania ludzi, którzy i tak zmagają się z poważną chorobą. Te argumenty trudno zbagatelizować, bo dotykają fundamentalnych praw obywatelskich.
Zwolennicy odpowiadają jednak pytaniem: skoro alkoholizm obciąża służbę zdrowia, sądy rodzinne i opiekę społeczną, to ile jeszcze ma kosztować nas wszystkich czyjaś „wolność” kupowania kolejnej butelki? Skutki picia nie dotykają wyłącznie osoby uzależnionej. Cierpią dzieci, partnerzy, sąsiedzi i współpracownicy. Dyskusja sprowadza się więc do pytania starego jak demokracja: gdzie kończy się wolność jednostki, a zaczyna odpowiedzialność wobec wspólnoty.
Cyfrowe limity na wódkę i piwo oraz nagrody za trzeźwość
Zamiast twardego rejestru pojawiają się też łagodniejsze koncepcje. Jedna z nich to dobrowolny system samowykluczenia, w którym osoba uzależniona sama aktywuje blokadę zakupów alkoholu na wybrany okres i jednocześnie otrzymuje dostęp do wsparcia terapeutycznego. Inny pomysł zakłada cyfrowe limity zakupowe powiązane z programem leczenia.
Specjaliści stopniowo ograniczaliby pacjentowi dostęp do alkoholu, a system generowałby alerty, gdy ktoś kupuje duże ilości codziennie lub odwiedza kilka sklepów tego samego dnia. Pojawiają się też głosy, że odpowiedzialność powinna spadać na sklepy. Sprzedawca, który dzień po dniu sprzedaje skrzynki piwa tej samej osobie, mógłby ponosić za to konsekwencje. Nie tylko wtedy, gdy klientem jest nastolatek.
Na drugim biegunie jest pomysł pozytywnych zachęt. Osoby utrzymujące abstynencję i uczestniczące w terapii dostawałyby w ramach systemu punktowego zniżki na sport, kulturę czy komunikację miejską. Marchewka zamiast kija, choć kij też leży pod ręką. Niezależnie od tego, który wariant ostatecznie trafi pod obrady, dalsze ignorowanie problemu pozostaje najdroższą opcją ze wszystkich.


