in

Trwa masowe zamykanie szkół w Polsce. Tego trendu już nie zatrzymamy

Dziesiątki szkół podstawowych znikną z mapy Polski już we wrześniu. Samorządy tłumaczą się kosztami, rodzice wychodzą na ulice, a kuratoria nie potrafią odpowiedzieć, co czeka edukację za rok czy dwa.

zamykanie szkół 2026
© Fot. Burbonik.pl

Coś niepokojącego dzieje się z polską oświatą. W urzędach gmin od tygodni trwają burzliwe sesje, na korytarzach kuratoriów piętrzą się wnioski, a w małych miejscowościach od Podlasia po Ziemię Lubuską mieszkańcy gromadzą się na protestach. Powód jest jeden i dotyczy milionów Polaków, choć mówi się o nim wciąż zbyt cicho – podaje portal zero.pl.

Polskie szkoły gasną jedna po drugiej. Nikt nie wie, ile jeszcze zostanie

Rady gmin w całym kraju podejmują właśnie decyzje, które zmienią codzienność tysięcy rodzin. Lokalne władze analizują budżety, przeliczają uczniów w klasach i coraz częściej dochodzą do tego samego wniosku. Związek Nauczycielstwa Polskiego alarmuje, że tegoroczna skala tych decyzji nie ma precedensu w ostatnich latach. Atmosfera na sesjach rad bywa napięta do granic.

Samorządowcy stają przed dylematem, który nie ma dobrego rozwiązania. Z jednej strony widzą puste ławki i rosnące rachunki, z drugiej słyszą głosy zdesperowanych rodziców. Hanna Lecyk, radna Sokołowa Podlaskiego, określiła niedawną nadzwyczajną sesję rady jako najsmutniejszą ze wszystkich, w jakich uczestniczyła. Podczas tego posiedzenia zdecydowano o zamknięciu sześćdziesięcioletniej szkoły podstawowej nr 3, która od września przestanie przyjmować dzieci.

Rodzice uczniów sokołowskiej placówki nie zamierzali się godzić bez walki. Wystosowali do radnych pismo, w którym argumentowali, że likwidacja uderzy w dobrostan ich dzieci. Samorządowcy odpowiadali na to twardo, że budżet miasta po prostu nie udźwignie utrzymywania takiej liczby placówek. Dzieci mają trafić do innej podstawówki w mieście.

Ta historia mogłaby rozegrać się w dowolnym zakątku kraju. Schemat jest identyczny od Bałtyku po Karpaty, a ZNP ostrzega, że takich sytuacji będzie przybywać z każdym kolejnym rokiem szkolnym. Edukacja w małych ośrodkach wchodzi w okres, jakiego jeszcze nie było.

Fala protestów przetacza się przez Polskę

Od początku roku demonstracje i pikiety rodziców odbyły się między innymi w Pisarach na Lubelszczyźnie, Humieńcinie na Mazowszu, Rogoźnie w Wielkopolsce i Gęstowicach w województwie lubuskim. Mieszkańcy zbierają podpisy pod petycjami, przychodzą tłumnie na sesje rad gmin i publikują poruszające nagrania w internecie. Choć te miejscowości dzielą setki kilometrów, obawy rodziców brzmią niemal identycznie.

Główne argumenty powtarzają się jak mantra: dłuższe dojazdy, zmęczone dzieci i pogłębiające się wyludnienie małych miejscowości. Wielu rodziców podkreśla też coś, co trudno wycenić w budżetowym arkuszu kalkulacyjnym. Szkoła na wsi czy w małym miasteczku to często ostatnia instytucja publiczna, wokół której skupia się całe życie społeczności. Gdy ona znika, miejscowość traci coś więcej niż budynek z tablicą.

Po drugiej stronie barykady stoją gminy i ich argumentacja jest równie powtarzalna. Chodzi o pieniądze, bo o nic innego chodzić nie może. Dane GUS mówią wprost: koszt edukacji jednego ucznia podstawówki wyniósł w ubiegłym roku 22,7 tys. zł rocznie, podczas gdy jeszcze w 2023 roku było to 18,8 tys. zł. Utrzymanie jednej klasy w gminnej podstawówce pochłania obecnie 436,5 tys. zł, czyli o blisko 80 tys. zł więcej niż rok wcześniej.

Grażyna Dekiel, świętokrzyska wicekurator oświaty, potwierdza, że we wnioskach o likwidację lub przekształcenie szkół powtarzają się te same powody: spadek liczby dzieci w gminie, kurczące się oddziały i koszty, których budżety lokalnych samorządów nie wytrzymują. Ostateczna decyzja należy do rady gminy, ale kuratorium musi się do niej ustosunkować, wydając opinię.

Skala zjawiska mrozi. Dziesiątki wniosków na biurkach kuratorów

Pełna mapa likwidacji jeszcze nie jest gotowa, ale dane spływające z kuratoriów dają wyobrażenie o rozmiarze problemu. W Wielkopolsce od września zniknie 20 szkół, tyle samo na Podkarpaciu. W województwie zachodniopomorskim kuratorium przyjęło 17 wniosków o likwidację i kolejnych pięć dotyczących przekształceń placówek. Siedem spośród tych zachodniopomorskich szkół nie miało już żadnych uczniów.

Do kieleckiego kuratorium wpłynęło 20 wniosków o opinię, do białostockiego 16, z czego los trzech podstawówek jest już przesądzony. Tak wygląda sytuacja region po regionie. Negatywne opinie kuratorów wobec wniosków o likwidację pojawiają się niezwykle rzadko, co oznacza, że zdecydowana większość zamkniętych placówek faktycznie przestanie istnieć.

Magdalena Kaszulanis, rzeczniczka ZNP, wskazuje, że to dopiero początek nasilającego się procesu. Niż demograficzny nie hamuje, a samorządy z roku na rok mają coraz mniejsze pole manewru przy utrzymywaniu niewielkich placówek. Prognozy demograficzne nie pozostawiają złudzeń co do kierunku zmian.

A kuratoria oświaty, zapytane o to, ile szkół może zniknąć w najbliższych latach i które regiony są najbardziej narażone, odpowiadają jednym głosem: żadnych takich analiz nie prowadzą. Nie badają też społecznych konsekwencji likwidacji. Nie wiedzą choćby tego, o ile wydłuży się czas dojazdu dzieci do nowych placówek. Anna Skopińska z łódzkiego kuratorium wyjaśnia, że informacje o dojazdach pochodzą wyłącznie z wniosków składanych przez same gminy, a kuratorium sprawdza jedynie, czy spełnione są formalne wymogi dotyczące transportu uczniów. Z treści wniosków wynika jej zdaniem, że rzadko czas dojazdu przekracza 30 minut.

Ustawa ma ratować, ale szkoły zamykają się teraz

Tymczasem na wsiach i w miastach poniżej 5 tys. mieszkańców, czyli tam, gdzie likwidacje uderzają najmocniej, uczy się ponad 40 proc. wszystkich polskich uczniów szkół podstawowych. To ogromna grupa dzieci, których codzienność może się diametralnie zmienić, a państwo nie dysponuje prognozami ani planem na tę zmianę.

Ministerstwo Edukacji Narodowej formalnie nie ogłosiło programu zamykania szkół. Resort podkreśla wręcz, że chce ratować małe placówki i przygotował w tym celu tak zwaną ustawę o małych szkołach. Nowe przepisy mają dać samorządom dodatkowe narzędzia do reorganizacji lokalnej edukacji zamiast prostego stawiania krzyżyka przy kolejnej placówce na liście.

Ustawa umożliwia między innymi łatwiejsze przekształcanie szkół w filie większych placówek, rozszerza możliwość prowadzenia klas łączonych i pozwala zagospodarować puste fragmenty budynków szkolnych na inne cele, takie jak żłobki czy lokalne centra aktywności. MEN przekonuje, że dzięki tym rozwiązaniom nawet najmniejsze szkoły mogą dalej funkcjonować, choć w okrojonej formie.

Siódmego kwietnia ustawę podpisał prezydent Karol Nawrocki. Jak uzasadniał, nowe prawo ma stanowić alternatywę wobec masowego zamykania małych podstawówek wynikającego ze zmian demograficznych. Prezydent zaznaczył też, że bez tej regulacji mogłoby dojść do powszechnej likwidacji szkół i wzajemnego obarczania się winą między rządem a samorządami. Przepisy wchodzą w życie od nowego roku szkolnego, ale czy zdążą pomóc placówkom, które właśnie dostają wyroki?

sen o zmarłej jako żywej

Dlaczego śnią nam się zmarli? Sennik mówi jasno. Lepiej nie bagatelizuj

najpiękniejsze imiona dla dziewczynek

Te imiona noszą najpiękniejsze Polki. Na mężczyzn działają jak zaklęcie