Choroba, o której wielu zapomniało, wcale nie odeszła do lamusa. Specjaliści biją na alarm – zagrożenie dotyczy przede wszystkim najmłodszych, a konsekwencje bywają nieodwracalne. Historia sprzed dekad niespodziewanie okazuje się aktualnym ostrzeżeniem.
Ołowica i jej objawy. Cichy truciciel ukryty na wyciągnięcie ręki
Ołów to metal ciężki, który kumuluje się w organizmie latami. Nawet minimalna ekspozycja niesie poważne zagrożenie — szczególnie dla rozwijającego się organizmu dziecka. Toksykolog dr Eryk Matuszkiewicz zwraca uwagę, że przebieg zatrucia wygląda zupełnie inaczej u dzieci niż u dorosłych.
U najmłodszych ołów atakuje układ krwiotwórczy i nerwowy, prowadząc do anemii, zaburzeń poznawczych oraz opóźnień rozwojowych. Dorośli zmagają się głównie z dolegliwościami obwodowego układu nerwowego — mrowieniem, drętwieniem i nadwrażliwością skóry kończyn.
Drogi przedostawania się ołowiu do organizmu bywają zaskakująco prozaiczne. Skażona woda, warzywa z zanieczyszczonej gleby, wdychanie pyłów, a u maluchów nawet kontakt z kurzem czy starymi farbami — każda z tych sytuacji może zapoczątkować niszczenie zdrowia.
Dramat „ołowianych dzieci” z Górnego Śląska
Jedną z najciemniejszych kart polskiej medycyny stanowi historia tysięcy dzieci z katowickich Szopienic. W czasach PRL-u lekarka Jolanta Wadowska-Król dostrzegła u małych pacjentów niepokojące wzorce — powtarzające się nieprawidłowości morfologii krwi i objawy zatrucia. Na własną rękę przekonywała rodziców do badań, dzięki czemu objęto diagnostyką tysiące dzieci z regionu.
Rozpoznania były alarmujące: przewlekłe i ostre niedokrwistości, brak apetytu, chroniczne osłabienie, zahamowanie rozwoju, pogorszone zdolności poznawcze oraz uszkodzenia narządów wewnętrznych. Charakterystyczny okazał się pewien mechanizm — po hospitalizacji wyniki się poprawiały, ale po powrocie do domu stan dzieci znów się pogarszał.
Dr Matuszkiewicz wyjaśnia na łamach Medonetu, że to klasyczny schemat przewlekłego narażenia środowiskowego. Na terenach uprzemysłowionych substancje toksyczne przenikały do wód, gleby i powietrza. Choć najbardziej szkodliwe wydziały hut wygaszano od końca lat 70., ołów pozostaje aktywny w środowisku przez dekady — a przypadki ołowicy u dzieci wciąż się pojawiają.
Trzy wizyty na strzelnicy mogą zmienić życie
Zatrucie tym metalem nie musi mieć przewlekłego charakteru. Dr Matuszkiewicz przywołuje przypadek trzech mężczyzn, którzy trafili na oddział toksykologii poznańskiego szpitala po regularnych wizytach na strzelnicy. Wszyscy zgłaszali mrowienie i drętwienie kończyn. Badania potwierdziły podwyższone stężenie ołowiu we krwi, a szpital musiał sprowadzić odtrutkę z zewnątrz.
Terapia opiera się na chelatacji — podawaniu substancji wiążących jony metalu i umożliwiających ich wydalenie. Problem polega na tym, że ołów nie opuszcza ciała szybko. Odkłada się w wątrobie, śledzionie i kościach. Połowa dawki z wątroby i nerek wymaga dwudziestu do trzydziestu dni na eliminację, z krwinek czerwonych znika po trzydziestu pięciu dniach, a z kości — dopiero po pięciu latach lub dłużej.
Objawy ołowicy obejmują osłabienie, bezsenność, utratę apetytu, bóle brzucha, niedokrwistość i zaburzenia neurologiczne. U dzieci pojawia się opóźnienie rozwoju, a w najcięższych przypadkach dochodzi do uszkodzenia wątroby lub encefalopatii ołowiowej. Grupę najwyższego ryzyka stanowią dzieci i pracownicy hutnictwa, recyklingu metali oraz mieszkańcy terenów poprzemysłowych. Szybkie rozpoznanie i natychmiastowa eliminacja źródła narażenia mogą uratować zdrowie — zwłaszcza tych najmłodszych.


