Kierowcy od tygodni obserwują, jak słupki na dystrybutorach biją kolejne rekordy. Napięcie na rynku paliwowym sięgnęło poziomu, którego nie widziano od dawna, a decyzje rządu budzą co najmniej mieszane reakcje. To, co Sejm przegłosował w piątek, może zmienić codzienne funkcjonowanie tysięcy stacji w całym kraju.
Stacje benzynowe mogą zacząć się zamykać. Rząd wpadł na pomysł, który przeraża branżę
Od końca lutego, gdy Stany Zjednoczone i Izrael rozpoczęły atak na Iran, ceny ropy poszybowały w górę. Baryłka West Texas Intermediate na nowojorskiej giełdzie NYMEX podrożała do 95,38 dolarów, a Brent na londyńskiej ICE osiągnął 109,79 dolarów. Te liczby bezpośrednio przekładają się na to, ile Polacy płacą przy dystrybutorze. Rząd jednak przez prawie miesiąc nie reagował.
Dopiero w czwartek premier Donald Tusk ogłosił pakiet obniżek. Stawka VAT na paliwa ma spaść z 23 do 8 procent, a akcyza zostanie obniżona do unijnego minimum – o 29 groszy na benzynę i 28 groszy na olej napędowy. Łącznie litr paliwa miałby potanieć o 1,20 złotego.
Ceny ustala minister, a stacje mają się dostosować
Piątkowe głosowanie w Sejmie przyniosło dwie ustawy. Pierwsza wprowadza urzędowe ceny maksymalne na benzynę i diesel. Druga pozwala rządowi obniżać akcyzę rozporządzeniem, bez konieczności przeprowadzania całej procedury legislacyjnej. Tempo prac było zawrotne – sejmowi prawnicy pracowali nocami, żeby przygotować projekty.
Mechanizm cen maksymalnych działa tak: minister energii codziennie wyznacza nowy pułap cenowy. Każdego ranka właściciele stacji muszą sprawdzić, czy przy danej cenie maksymalnej sprzedaż paliwa im się jeszcze opłaca. Brzmi to jak codzienna loteria, w której stawką jest być albo nie być lokalnej stacji.
Poseł Konfederacji Michał Wawer w rozmowie z portalem DoRzeczy.pl wprost stwierdził, że gdyby ceny maksymalne zostały ustalone na poziomie, przy którym sprzedaż staje się nieopłacalna, część stacji po prostu nie otworzy się danego dnia. Nie chodzi tu o teoretyczne rozważania – to realna konsekwencja systemu, w którym rentowność zależy od codziennej decyzji urzędnika.
Miesiąc zwłoki i nocne maratony legislacyjne
Wawer przyznał, że sama obniżka podatków to dobry krok, ale skrytykował rząd za opieszałość. Jego zdaniem te same działania można było podjąć spokojnie kilka tygodni wcześniej, bez legislacyjnej gorączki i nocnych dyżurów prawników. Zamiast tego rząd wybrał wariant awaryjny – pospieszne ustawy i wątpliwy mechanizm cen regulowanych.
Pytany o przyczyny tak późnej reakcji, poseł Konfederacji zarysował dwa scenariusze. Pierwszy: rząd celowo odwlekał decyzję, żeby jak najdłużej zachować wpływy podatkowe w budżecie. Drugi: w ogóle nie planował obniżek, ale zorientował się, że dalsze zwlekanie grozi erupcją społecznego niezadowolenia.
Niezależnie od tego, który wariant bliższy jest prawdy, Wawer podsumował sytuację krótko – to presja społeczna zmusiła rząd do działania. Kierowcy, przewoźnicy i zwykli obywatele swoim gniewem wymusili to, na co politycy sami nie chcieli się zdecydować. Pytanie, czy nowy system cen maksymalnych nie przyniesie więcej problemów, niż rozwiąże.


