Coś niedobrego dzieje się na medycznej mapie południowo-wschodniej Polski. Region, który latem przeżywa prawdziwe oblężenie turystów, powoli zostaje bez zabezpieczenia szpitalnego. Kolejne oddziały gasną jeden po drugim, a kadra medyczna pakuje walizki. Sytuacja, którą jeszcze niedawno opisywano jako trudną, dziś nazywana jest dramatyczną.
Bieszczady tracą ostatnią deskę ratunku
Mieszkańcy powiatu leskiego od kilku miesięcy żyją w stanie podwyższonej niepewności. Najpierw stracili porodówkę – jedyną w całych Bieszczadach. Kobiety w ciąży muszą teraz pokonywać dziesiątki kilometrów krętymi górskimi drogami, żeby urodzić dziecko. To była pierwsza porażka systemu, ale jak się okazuje, nie ostatnia.
Wirtualna Polska kilka tygodni temu rozmawiała z pacjentkami, które straciły swój oddział położniczy. Padały wtedy słowa o rozczarowaniu, gniewie i strachu. Pacjentki nie kryły frustracji wobec polityków odpowiedzialnych za organizację opieki zdrowotnej. Wówczas mało kto przypuszczał, że to dopiero początek lawiny.
Dziś okazuje się, że likwidacja porodówki była jedynie wierzchołkiem góry lodowej. Placówka w Lesku zmaga się z problemami, które zaczynają zagrażać jej dalszemu istnieniu. A człowiek, który dwa miesiące temu objął stery, nie owija w bawełnę. Mówi otwarcie: jeśli nic się nie zmieni, szpitala wkrótce nie będzie.
Dyrektor mówi to, czego inni boją się powiedzieć
Mirosław Leśniewski, dyrektor szpitala w Lesku, zaczął zarządzać placówką dwa miesiące temu. Trafił od razu w środek burzy, którą rozpętało zamknięcie porodówki. Sam jednak przekonuje, że ten oddział nie był wcale głównym problemem. Według niego rodziło się tam zbyt mało dzieci, by uzasadnić horrendalne koszty utrzymania pełnej gotowości lekarskiej.
Dyrektor tłumaczy, że porodówka wymaga stałej obecności dwóch ginekologów położników, anestezjologa oraz zespołu z bloku operacyjnego. Stawki godzinowe lekarzy zaczynają się od dwustu złotych w górę. Przy znikomej liczbie porodów taka gotowość po prostu się nie spina finansowo. To problem nie tylko Leska – dotyczy też innych mniejszych ośrodków w Polsce.
Najgorszą rzeczą w obecnej sytuacji, jak zauważa Leśniewski, jest to, że jego placówka stała się symbolem ogólnopolskiego kryzysu. Dyrektor podkreśla, że rozmawiał już z wieloma kolegami z innych szpitali. Wszyscy mają podobne problemy, ale wolą trzymać język za zębami. On postanowił przerwać tę zmowę milczenia.
Jako przyczynę wskazuje konkretną datę: 1 lipca. Wtedy wchodzi w życie nowa ustawa o minimalnych wynagrodzeniach zasadniczych w ochronie zdrowia. Nawet jeśli kontrakt z NFZ wzrośnie o osiem procent, nowych pensji i tak nie będzie z czego wypłacić. To matematyka, której nie da się oszukać.
Pediatria gaśnie, SOR ledwo dycha
Od 1 maja szpital w Lesku zawiesza działanie pododdziału pediatrycznego. Powód jest prozaiczny i jednocześnie porażający – z dnia na dzień zniknął personel. Próby znalezienia zastępstwa spełzły na niczym. Miesięcznie z pomocy oddziału korzystało od dwudziestu do trzydziestu małych pacjentów.
Drugim ogniskiem zapalnym jest Szpitalny Oddział Ratunkowy. Przez dziewięć dni majowych nie ma na nim żadnej obsady dyżurowej. Lekarze zwyczajnie się nie zgłosili – długi weekend okazał się atrakcyjniejszy niż dyżurowanie w bieszczadzkim szpitalu. Dyrektor nie ma o to pretensji, ale przyznaje, że dotąd grafiki jakoś udawało się układać.
SOR w Lesku różni się zasadniczo od warszawskich czy krakowskich. Tam w kolejce siedzi po dwieście, trzysta osób. Tutaj normalna doba to góra dwadzieścia przypadków – chyba że trwa sezon turystyczny, który zmienia wszystko. Wtedy ruch potrafi wzrosnąć kilkukrotnie i stawia placówkę pod ogromnym obciążeniem.
Leśniewski boi się, że jeśli SOR przestanie funkcjonować choćby na kilka dni, ruszy efekt domina. Padnie jeden oddział, potem kolejny, a cała struktura zacznie się rozpadać. Już teraz lekarze przychodzą do gabinetu dyrektora i stawiają twarde warunki. Albo dostaną pełne sto procent pensji, albo odchodzą – mowa o terminach liczonych w tygodniach.
Liczby, które pokazują smutny obraz
Finansowy obraz placówki napawa zgrozą. Fundusz wynagrodzeń wynosi 108 procent przychodów szpitala. To znaczy, że na same pensje wydaje się więcej, niż wpływa pieniędzy z całej działalności. Pracownicy dostają obecnie tylko trzy czwarte należnego wynagrodzenia, a do pełnej kwoty miesięcznie brakuje około sześciuset tysięcy złotych.
Zobowiązania szpitala sięgają stu sześćdziesięciu dziewięciu milionów złotych. Część z tej sumy stanowi rezerwa na procesy sądowe, których w całym kraju przybywa. Pielęgniarki z tytułem magistra pozywają placówki za nierówne traktowanie, argumentując, że wykonują tę samą pracę co koleżanki o niższych kwalifikacjach. Sądy często przyznają im rację, co kosztuje szpitale dziesiątki milionów złotych.
Dług placówki rośnie o około milion złotych miesięcznie. Tytuły egzekucyjne spływają w tempie pół miliona miesięcznie. Strata za poprzedni rok wyniosła szesnaście milionów, a prognoza na obecny mówi o osiemnastu. Leśniewski zaznacza, że dwa lata temu strata sięgnęła dwudziestu dwóch milionów – poprawa wynika głównie z zamknięcia ginekologii.
Cała sytuacja zaczęła się w 2022 roku. Ustawowo podniesiono wtedy pensje pracowników ochrony zdrowia, co miało zostać zrekompensowane wzrostem kontraktów z NFZ. Tyle że Lesko nie dostało dodatkowych pieniędzy. Ówczesny dyrektor zaciągnął więc pożyczkę w parabanku, żeby wypłacić podwyżki. Od tamtej chwili szpital tonie.
Lekarze biorą horrendalne stawki… bo mogą
Dyrektor Leśniewski używa mocnych słów, opisując rynek lekarski w Lesku. Stawki nazywa horrendalnymi, ale od razu dodaje, że nie ma jak ich obniżyć. To rynek dyktuje warunki – lekarzy jest za mało, więc każdy z nich może wymagać niemal dowolnej kwoty. Jeśli szpital nie zapłaci, medyk po prostu zabiera dokumenty i odchodzi.
Sytuacja kadrowa jest specyficzna ze względu na położenie placówki. W okolicy mieszka niewielu lekarzy, więc kadra musi dojeżdżać. Często z odległości pięćdziesięciu czy sześćdziesięciu kilometrów, co latem oznacza godzinną wycieczkę. Zimą po górskich drogach robi się to znacznie mniej przyjemne. Koszty paliwa też zjadają część zarobków.
Leśniewski przygląda się każdemu obszarowi działania szpitala. Tabela wyników poszczególnych komórek świeci się na czerwono – czyli wszystkie oddziały generują straty. Dyrektor szuka oszczędności gdzie się da. Zmniejsza liczbę łóżek, co pozwala redukować zatrudnienie personelu średniego, planuje uruchomienie nowych poradni i lepsze klasyfikowanie udzielanych porad.
Pojawił się też pomysł znacznie poważniejszy – połączenie ze szpitalem w Ustrzykach Dolnych. Leśniewski ma jechać do dyrektor tej placówki i przekonywać ją do fuzji. Logika jest prosta: dwa szpitale w Bieszczadach mogłyby działać efektywniej jako jeden organizm. Powtarzające się funkcje znikną, kadra zmniejszy się, ale szanse przetrwania wzrosną dla obu stron.
Leśniewski uczestniczył w trójstronnej komisji zdrowia, gdzie przedstawiał trudną sytuację placówki. Jak sam przyznaje, nikt z Ministerstwa Zdrowia nie podszedł później z deklaracjami pomocy. Usłyszał jedynie, że specjalna komisja pracuje nad rozwiązaniami dla Leska oraz że ewentualne otwarcie ginekologii skutkowałoby przekazaniem dodatkowych pieniędzy. Niewiele konkretów, dużo obietnic.
Dyrektor podkreśla, że jego szpital pełni rolę, której nie widać w statystykach. Latem w Bieszczadach przebywa dwa, trzy razy więcej ludzi niż normalnie. W innych szpitalach lądowiska dla helikopterów zarastają trawą. W Lesku helikopter z pacjentem ląduje dwa, trzy razy w miesiącu – to pierwszy ostry szpital na trasie z głębi Bieszczad.
Mieszkańcy powiatu nie mają dokąd uciec. Najbliższy szpital znajduje się w odległości trzydziestu, czterdziestu kilometrów, ale przejechanie tego dystansu zajmuje czasem godzinę z powodu górskiej topografii. To nie jest stolica, gdzie wystarczy przesiąść się do innej dzielnicy. Tutaj decyzja o zamknięciu placówki ma realne konsekwencje dla zdrowia i życia ludzi.
Dyrektor proponuje konkretne rozwiązanie systemowe. Jego zdaniem należałoby wprowadzić w polskiej ochronie zdrowia opłatę za samą gotowość świadczenia usług. Płaciłoby się ją w miejscach, gdzie szpital musi istnieć ze względów strategicznych, niezależnie od liczby pacjentów. Do tego dochodziłaby standardowa wypłata za faktycznie wykonane procedury medyczne.
Leśniewski ma świadomość, że jeśli za trzy miesiące rzeczywiście złoży wniosek o likwidację szpitala, zostanie zapamiętany jako jego grabarz. Sam mówi o tym z autoironią, przywołując zasadę Petera. Ta teoria zarządzania głosi, że pracownik awansuje aż do momentu osiągnięcia stanowiska, które go przerasta. Dyrektor sugeruje, że właśnie tam się znalazł.
Pytany, czy czuje się zaopiekowany przez rządzących, odpowiada krótko – nie. Czeka na konkrety, ale jednocześnie nie zamierza siedzieć z założonymi rękami. Stara się ratować placówkę wszystkimi dostępnymi środkami. Każda zaoszczędzona złotówka może opóźnić moment, w którym trzeba będzie podjąć ostateczną decyzję.
Starosta powiatu jest na bieżąco informowany o sytuacji. Dyrektor pokazuje mu maile od lekarzy, którzy wycofują się z dyżurów lub stawiają ultimatum dotyczące wynagrodzeń. To nie są puste pogróżki ani straszenie opinii publicznej. Leśniewski dokumentuje każdy ruch, bo zdaje sobie sprawę z wagi swoich oświadczeń. Apel kieruje wprost do polityków – zastanówcie się, dopóki jeszcze jest czas.
W rozmowie z Pawłem Buczkowskim z Wirtualnej Polski dyrektor podkreśla, że szpital w Lesku musi istnieć, bo nikt inny tej luki w opiece zdrowotnej nie wypełni. Bieszczady bez ostrego szpitala to nie tylko problem mieszkańców, ale też setek tysięcy turystów odwiedzających region każdego roku. Termin zamknięcia placówki, jeśli nic się nie zmieni, wyznaczono na lipiec. Zegar tyka coraz głośniej.


