W Międzynarodowy Dzień Walki z Depresją jeden z najbardziej znanych polskich dziennikarzy opublikował tekst, który wywołał burzę w mediach społecznościowych i uderzył w samego zainteresowanego. Reakcja była błyskawiczna i niezwykle emocjonalna. Wpis, który pojawił się na platformie X, zelektryzował opinię publiczną i natychmiast stał się jednym z najgoręcej komentowanych tematów dnia.
Hołownia wściekły jak nigdy. Dziennikarz ujawnił to, czego nikt nie powinien był się dowiedzieć
Sprawa dotyczy jednego z najważniejszych polityków w kraju – osoby pełniącej kluczową funkcję w parlamencie. Ktoś postanowił bez pytania, bez rozmowy, bez jakiejkolwiek zgody upublicznić informacje o charakterze głęboko prywatnym. Takie, które w normalnych okolicznościach powinny pozostać wyłącznie między pacjentem a lekarzem.
Kontrowersje narastają, bo w grę wchodzi nie tylko etyka dziennikarska, ale fundamentalne pytanie o granice prywatności osób publicznych. Gdzie kończy się prawo opinii publicznej do informacji, a zaczyna zwykła przyzwoitość? Ta historia pokazuje, jak cienka bywa ta linia – i jak łatwo ją przekroczyć w pogoni za sensacją.
Jacek Nizinkiewicz, redaktor „Rzeczpospolitej”, opublikował artykuł, w którym stwierdził, że Szymon Hołownia od dłuższego czasu zmaga się z depresją. Dziennikarz powołał się na kilka niezależnych źródeł z otoczenia polityka i powiązał tę informację z ograniczoną aktywnością medialną wicemarszałka Sejmu. Zasugerował też, że problemy zdrowotne mogły wpływać na decyzje i reakcje Hołowni, choć zastrzegł, że nie zamierza ich tym usprawiedliwiać.
Szymon Hołownia zareagował obszernym wpisem na platformie X, nie kryjąc oburzenia. Zarzucił dziennikarzowi, że ten bez jego wiedzy i zgody, na podstawie plotek zasłyszanych od „otoczenia”, postanowił upublicznić wrażliwe dane o jego zdrowiu. Polityk ocenił, że mimo pozorów troski prawdziwym celem publikacji było zarobienie na jego prywatności – tytuł, zdjęcie i oprawa tekstu służyły wyłącznie komercyjnemu celowi.
Ostra riposta i lekcja z przeszłości
Były lider Polski 2050 przyznał, że fala agresji po zaprzysiężeniu prezydenta oraz ujawnieniu jego rozmów z politykami opozycji, nałożona na sześć wyczerpujących lat w polityce, odbiła się na jego kondycji. Zapowiedział jednak, że o szczegółach opowie wtedy, gdy sam uzna to za stosowne.
Hołownia podkreślił, że wyłącznym dysponentem informacji o stanie zdrowia powinien być sam chory – gwarantuje to prawo i elementarna przyzwoitość. Przywołał sytuację, gdy „Gazeta Wyborcza” ujawniła informacje o lekach Sławomira Cenckiewicza. Obie sprawy postawił na równi, nazywając tekst Nizinkiewicza nowotworem dziennikarstwa.
Polityk przewidział, że pojawią się głosy broniące prawa opinii publicznej do takich informacji. Odpowiedział z wyprzedzeniem – osoby zmagające się z chorobą mają prawo do spokojnego powrotu do zdrowia bez rozgłosu i nie potrzebują, by ktoś wbrew ich woli czynił z nich przykład dla publiczności. Zwracając się do dziennikarza, Hołownia ocenił jego postępowanie jako podłe.
Wicemarszałek zaapelował do osób zmagających się z problemami zdrowotnymi – choroba nie odbiera nikomu godności ani człowieczeństwa, a każdy ma prawo kroczyć ku zdrowiu we własnym tempie, otoczony wsparciem zamiast ciekawskimi pytaniami.
Zaskakujące wyznanie na koniec
Najbardziej nieoczekiwany okazał się finał wpisu. Hołownia jednoznacznie zdementował doniesienia – oświadczył, że nie choruje na depresję. Przyznał natomiast, że zmaga się z innymi problemami zdrowotnymi, jest w trakcie leczenia i stopniowo odzyskuje siły.
Na zakończenie zaapelował do Nizinkiewicza i środowiska medialnego o refleksję. Poprosił, by zamiast zdzierać bandaże i eksponować cudze cierpienie, dziennikarze wzięli sobie do serca własne słowa o tym, że politycy też są ludźmi z krwi i kości. Przypomniał, że słowa potrafią ranić każdego – niezależnie od pełnionej funkcji – i mogą nawet zabijać.
Sprawa z pewnością będzie rezonować w debacie publicznej jeszcze przez długie tygodnie, stawiając trudne pytania o odpowiedzialność mediów i granice dziennikarskiego rzemiosła.


