Spokojnie, Polska nie bankrutuje – pisze na portalu Interia.pl w swoim felietonie dziennikarz Michał Woś. Ale to, co dzieje się z finansami publicznymi w trzecim roku rządów Donalda Tuska, powinno dawać do myślenia każdemu, kto płaci w tym kraju podatki.
271 miliardów dziury w budżecie i brak kapitana za sterami. Co tak naprawdę dzieje się z polskimi finansami?
Z jednej strony obywatele słyszą, że pieniędzy nie ma na porodówki i walkę z energetyczną drożyzną. Z drugiej strony deficyt budżetowy bije kolejne rekordy. Te dwa komunikaty, nadawane równocześnie z tego samego adresu, nie składają się w żadną logiczną całość. I to nie jest kwestia złośliwej interpretacji, tylko prostego rachunku – pisze Woś.
Zanim ktoś zacznie krzyczeć o katastrofie, uczciwie trzeba powiedzieć: deficyt sam w sobie nie jest tragedią. Państwo nie działa jak gospodarstwo domowe, gdzie każdy miesiąc musi się spinać. Nie jest też firmą nastawioną na zysk. Gdyby rząd za wszelką cenę dążył do nadwyżki, musiałby drastycznie ciąć wydatki albo podnieść podatki do poziomu duszącego gospodarkę.
Kraj z budżetową nadwyżką byłby fatalnym miejscem do życia, bo ludzie musieliby prywatnie finansować to, co normalnie dostają od państwa. Wszystkie rozwinięte kraje przez większość czasu notują deficyty, między innymi po to, żeby obywatele nie musieli sami się zadłużać na usługi, które powinno zapewniać państwo. To są fundamenty ekonomii, o których politycy lubią zapominać, gdy pasuje im akurat inna narracja.
Tyle że sam fakt, iż deficyt nie oznacza końca świata, nie czyni go automatycznie dobrą wiadomością. Liczy się, skąd się bierze i co mówi o priorytetach rządzących. Budżet to bilans politycznych wyborów, nie abstrakcyjna księgowość. I tu zaczynają się schody.
Trzy źródła budżetowej dziury, z których tylko dwa ekipa Tuska chce widzieć
Woś pisze w felietonie, że otoczenie premiera chętnie wskazuje na dwa wytłumaczenia. Pierwsze: spuścizna po rządzie Morawieckiego, który na 2024 rok zostawił deficyt rzędu 200 mld zł, wobec 85 mld rok wcześniej. Drugie: wydatki na obronność, w 2026 roku wynoszące 200 mld zł, dwukrotność nakładów z 2023 roku. Oba argumenty mają oparcie w liczbach, ale żaden nie wyjaśnia pełnego obrazu.
Jest bowiem trzecie źródło, o którym mówi się niechętnie: polityka własna obecnego rządu, prowadzona już trzeci rok. Porównanie z poprzednikami wypada tu kiepsko. PiS przez dwie kadencje utrzymywał rozbudowane programy socjalne, które były wręcz wizytówką tej partii. Wydawał sporo, ale nie doprowadził do takiej rozpiętości między dochodami i wydatkami, jaką mamy teraz. Na tym tle chaotyczne zamykanie oddziałów położniczych wygląda jak cofanie się, nie ruch do przodu.
Nie jest też prawdą, że PiS miał lekko. Lata 2020-2024 to pandemia, kryzys energetyczny i wojna za wschodnią granicą. Mimo to rządowi Morawieckiego udało się utrzymać przynajmniej wrażenie panowania nad sytuacją i gotowości do pomocy przy rosnących cenach energii. Zwykli Polacy czuli, że ktoś reaguje, nawet jeśli nie zawsze optymalnie.
Stosowano przy tym księgowe sztuczki, chowano wydatki po funduszach celowych. Ale skoro takie narzędzia istniały i działały, nowa ekipa też mogła po nie sięgnąć. Jakoś na innych polach nie grzeszy nadmiernym idealizmem. Skąd więc nagle taka ostentacyjna czystość rąk akurat w kwestiach budżetowych?
Dobra koniunktura, która dziwnym trafem nie napełnia kasy
Tu pojawia się zagadka, nad którą warto się pochylić. Każdy, kto miał choćby semestr ekonomii, wie, że wpływy budżetowe opierają się na podatkach, a te rosną razem z gospodarką. Mechanizm jest prosty: gdy PKB idzie w górę, firmy więcej zarabiają, ludzie więcej wydają, a kasa państwa powinna napełniać się niemal automatycznie. Rząd Tuska chwali się wzrostem na poziomie 3-3,5 proc. rocznie. Tylko że te liczby jakoś nie przekładają się na stan finansów.
W pierwszym roku nowej ekipy dochody budżetowe wręcz spadły. Tłumaczono to reformą finansowania samorządów, ale wyjaśnienie nie likwiduje dziury. Później wpływy zaczęły rosnąć, lecz w tempie, które fachowcy od podatków nazywają nieprzekonującym. Do tego rośnie luka VAT, a wpływy z CIT rozczarowują. Przy deklarowanym dobrym wzroście gospodarczym takie wyniki budzą uzasadnione wątpliwości.
Jest jeszcze przywództwo. Premier Tusk nie ukrywa, że gospodarka leży poza polem jego kompetencji. Od czasu do czasu przytoczy jakiś wskaźnik, ale bez głębszego zrozumienia kontekstu. Kontrast z Morawieckim, który był premierem przede wszystkim ekonomicznym, jest ogromny. Brak lidera od gospodarki na szczycie władzy czuć w codziennych decyzjach i ich konsekwencjach.
Dryfujący okręt bez kapitana
Widać rząd, który nie ma spójnej wizji gospodarczej. Na jednych polach kontynuuje rozwiązania odziedziczone po PiS-ie, bo ich demontaż byłby politycznie kosztowny. Na innych liczy na pieniądze z zewnątrz, z KPO czy programu SAFE, które przy bliższym oglądzie okazują się instrumentami obarczonymi poważnym ryzykiem. Jeszcze na kolejnych oszczędza agresywnie, ścinając nakłady tam, gdzie poprzednicy budowali ambicje. To hamuje rozwój i blokuje inwestycje.
Deficyt na poziomie 271 mld zł przy jednoczesnym braku środków na porodówki i ochronę przed drożyzną energetyczną trudno wytłumaczyć jednym zdaniem. To nie alarm o bankructwie. To stan, w którym ogromne sumy wydaje się bez widocznego planu, a wzrost PKB nie przynosi spodziewanych wpływów do kasy. Budżet staje się zapisem politycznej bezradności, a nie narzędziem świadomego zarządzania.
Trzy lata temu koalicja Tuska obejmowała władzę z obietnicą porządków w finansach po PiS-ie. Dziś deficyt urósł do rekordowych rozmiarów, premier dystansuje się od ekonomii, a minister finansów Andrzej Domański wyraźnie nie panuje nad trendem. Rząd nie tyle podejmuje trudne decyzje, ile omija je, lawirując między odziedziczonymi zobowiązaniami a zagranicznymi źródłami finansowania. Na kapitańskim mostku panuje cisza, która z kwartału na kwartał robi się coraz bardziej wymowna. A okręt płynie dalej, tyle że nikt nie potrafi wskazać portu docelowego.


