Po przegranej Viktora Orbana robi się coraz ciekawiej, a wraz z nią rośnie niepewność wokół losów dwóch polskich polityków, którzy schronili się nad Dunajem. Pojawiają się nowe scenariusze, które mogą kompletnie zmienić układ sił. Ekspert zdradza, jaka furtka wciąż pozostaje otwarta — i dlaczego liczy się każdy dzień.
Polityczna burza nad Budapesztem. Uciekinierzy patrzą z niepokojem
Wynik wyborów parlamentarnych na Węgrzech zatrząsł nie tylko sceną polityczną tego kraju, lecz także sytuacją kilku osób, które w ostatnich miesiącach postawiły swoją przyszłość na jedną kartę. Upadek dotychczasowej władzy Viktora Orbana oznacza dla nich coś znacznie poważniejszego niż tylko zmianę partnera rozmów. Oznacza bowiem kres pewnego parasola ochronnego, który dotąd wydawał się trudny do przebicia. Od kilku dni pytania o to, co dalej, mnożą się zarówno w polskich, jak i węgierskich mediach.
Do niedawna wydawało się, że schronienie znalezione u bliskiego ideowo sojusznika załatwia sprawę na długie lata. Nowa rzeczywistość pokazuje jednak coś zupełnie innego. Dotychczasowy sojusz traci siłę sprawczą, a kolejna ekipa rządząca w Budapeszcie już zapowiedziała, że zamierza postępować z uciekinierami zupełnie inaczej niż jej poprzednicy. To zmienia optykę całej sprawy niemal z dnia na dzień.
Zbigniew Ziobro i Marcin Romanowski, bo o nich mowa, otrzymali na Węgrzech azyl polityczny, obawiając się ścigania przez polski wymiar sprawiedliwości. Wydawało się, że ten parasol będzie ich chronił długo. Peter Magyar, lider zwycięskiej TISY, zapowiedział jednak wprost, że obaj politycy PiS zostaną wydani Polsce już pierwszego dnia urzędowania jego rządu. Tak radykalna deklaracja zmusza do zadania pytania o plan awaryjny.
Nad całą sprawą wisi jeszcze jedna, mało oczywista okoliczność — uruchomione mechanizmy prawne mają swoje terminy, procedury i cichych decydentów. To oni, a nie głośne wypowiedzi polityków, mogą ostatecznie przesądzić o tym, co zdarzy się w najbliższych tygodniach. Dlatego eksperci przyglądają się szczegółom węgierskiego prawa z niespotykaną uwagą. I znajdują w nim rzeczy, które nie każdemu się spodobają.
Furtka, o której mało kto słyszał. Istnieje jeden bardzo ciekawy zapis
Dziennik „Rzeczpospolita” zwrócił uwagę na interesujący detal obowiązującego na Węgrzech prawa. Zgodnie z tym, co obowiązuje w Budapeszcie, osoba posiadająca status uchodźcy, a następnie otrzymująca węgierskie obywatelstwo, nie może zostać wydana krajowi, który ją ściga. Teoretycznie więc droga ratunku dla dwóch polskich polityków ciągle istnieje. Wystarczyłoby zdobyć paszport z herbem świętej Korony.
Problem w tym, że zwykła ścieżka naturalizacji ma bardzo konkretne wymogi. Kandydat musi mieszkać na Węgrzech odpowiednio długo, zdać egzamin z języka na poziomie komunikatywnym, a także wykazać się wiedzą z historii kraju. W praktyce zamyka to drogę politykom, którzy dopiero co trafili nad Dunaj. Mimo to istnieje mechanizm obchodzący te bariery.
O sprawie „Fakt” rozmawiał z dr. hab. Marcinem Czyżniewskim, ekspertem od spraw Europy Środkowej. Wskazał on, że Orban w ostatnich latach mocno uprościł procedurę dla osób o węgierskich korzeniach, zwłaszcza tych mieszkających w Rumunii, Słowacji czy Chorwacji, czyli na ziemiach dawnej Korony Świętego Stefana. Ułatwienie to miało tło polityczne, pozwalało bowiem zbierać głosy diaspory w kolejnych wyborach. Sam ekspert zaznacza, że za decyzją o masowym przyznawaniu paszportów stała czysta kalkulacja.
W rozmowie pada też wzmianka o tzw. obywatelstwie inwestycyjnym, dostępnym po wykupieniu obligacji o wartości ćwierć miliona euro. Czyżniewski tłumaczy jednak, że w praktyce rozwiązanie to przypomina raczej prawo stałego pobytu niż pełnoprawne obywatelstwo. Dla uciekinierów oznaczałoby to zatem kolejne ślepe zaułki. Istnieje jednak ostatnia opcja.
Tajemniczy przepis dla wybranych. Wystarczy „interes państwa”
Najciekawszą ścieżką, o której wspomina ekspert, jest procedura nadzwyczajna. Nie wymaga ona praktycznie niczego z klasycznych warunków naturalizacji. Nie trzeba znać języka, nie trzeba mieszkać na Węgrzech przez określony czas, nie trzeba zdawać żadnego egzaminu. Wystarczy, że przyznanie obywatelstwa leży w „interesie państwa węgierskiego”.
Czyżniewski otwarcie przyznaje, że ten niejasno sformułowany zapis daje ogromne pole do interpretacji politycznej. Jeśli Ziobro i Romanowski mieliby w ogóle liczyć na węgierski paszport, to właśnie tędy prowadziłaby jedyna realna droga. Teoretycznie wszystko można zatem załatwić bardzo szybko i bez zbędnych formalności. Haczyk polega na tym, że decyzję podejmuje prezydent, a jego podpis musi poprzedzać wniosek szefa resortu spraw wewnętrznych.
Właśnie dlatego tak mocno liczy się czas. Wniosek do prezydenta musi złożyć minister obecnego, odchodzącego gabinetu Orbana, ponieważ nowa ekipa pod wodzą Magyara z pewnością tego nie zrobi. A jak zauważa ekspert, również ustępujący rząd niekoniecznie będzie zainteresowany takim ruchem. Politycznego paliwa na taki gest w Budapeszcie po prostu brakuje.
Sam prezydent Węgier też znalazł się w trudnym położeniu. Magyar wezwał go do ustąpienia, a nowa parlamentarna większość teoretycznie może go odwołać. Czyżniewski ocenia, że zastosowanie tak kontrowersyjnej procedury trzy lata przed końcem kadencji byłoby mocnym argumentem za jego odsunięciem. Zdaniem eksperta głowa państwa węgierskiego raczej nie zaryzykuje takiego posunięcia.
Ministerstwo zachowuje spokój. „Nic to nie zmienia”
O komentarz do całej sytuacji redakcja „Faktu” poprosiła ministra sprawiedliwości Waldemara Żurka. Szef resortu nie krył, że nie ma powodu do obaw związanych z ewentualnym węgierskim paszportem dla polskich polityków. Żurek tłumaczył, że nawet nadanie obywatelstwa innego państwa nie odbiera im polskiego obywatelstwa. A to zasadniczo zmienia perspektywę prawną.
Minister podkreślił, że Węgry pozostają członkiem Unii Europejskiej, obowiązuje więc tam Europejski Nakaz Aresztowania. Polska sama wydaje swoich obywateli innym krajom UE w tym trybie, więc trudno sobie wyobrazić, żeby Budapeszt potraktował Warszawę inaczej. Nawet posiadając drugi paszport, Ziobro i Romanowski musieliby zostać przekazani polskiemu wymiarowi sprawiedliwości. Żurek mówił o tym spokojnie, jakby sprawa nie budziła u niego większych wątpliwości.
Inaczej do tematu podeszła Anna Maria Żukowska, zastępczyni przewodniczącego sejmowej komisji spraw zagranicznych. Posłanka Lewicy zaznaczyła, że koalicja rządząca nie ma wpływu na decyzje zapadające w Budapeszcie. Wskazała przy tym, że zanim rząd Magyara formalnie obejmie władzę, obowiązujący jeszcze minister Orbana teoretycznie może wystąpić z rekomendacją w sprawie obywatelstwa. Żukowska zwraca też uwagę, że w takim scenariuszu Polska nie miałaby narzędzi, by wymusić wydanie uciekinierów.
Polityczka Lewicy postawiła jednak ciekawe pytanie — czy Orbanowi w ogóle chce się jeszcze angażować w takie sprawy po porażce wyborczej. Sama nie ukrywa, że to właśnie ten czynnik może okazać się kluczowy. Jeśli bowiem ustępujący obóz uzna, że walka o polskich azylantów nie ma już sensu, cała konstrukcja prawna, o której pisze „Rzeczpospolita”, pozostanie tylko teorią. Na razie to jednak same spekulacje.
Prokuratura nie zasypia gruszek w popiele
Na pytania „Faktu” odpowiedziała też Prokuratura Krajowa, pytana o scenariusze na wypadek uzyskania przez obu polityków węgierskiego obywatelstwa. Rzecznik instytucji, prokurator Przemysław Nowak, przekazał, że PK nie informuje publicznie o swoich planach w sprawach zależnych od niepewnych zdarzeń. Zastrzegł jednak wyraźnie, że nie oznacza to bezczynności. Ton komunikatu zdradzał, że ewentualne komplikacje nie zaskoczą śledczych.
Prokuratura podkreśliła, że zamierza wykorzystać wszystkie dostępne narzędzia prawne, by doprowadzić Marcina Romanowskiego i Zbigniewa Ziobrę do Polski. Celem jest postawienie im zarzutów związanych z nieprawidłowościami w funkcjonowaniu Funduszu Sprawiedliwości. To właśnie ta sprawa od miesięcy wisi nad obydwoma politykami i stanowi główny powód ich ucieczki na Węgry. Śledczy traktują ją priorytetowo.
Warto też pamiętać o szerszym kontekście całej operacji. Ewentualne zdobycie węgierskiego obywatelstwa ekstraordynaryjną ścieżką oznaczałoby wyraźny sygnał polityczny wysłany zarówno do Warszawy, jak i Brukseli. Takiego gestu Magyar ani jego zaplecze z całą pewnością by nie przemilczeli. Co więcej, strona unijna również miałaby okazję do reakcji, bo sprawa dotyczy funkcjonowania wspólnego mechanizmu Europejskiego Nakazu Aresztowania.
Z dzisiejszej perspektywy wygląda na to, że każdy dzień działa na niekorzyść polskich uciekinierów. Ustępująca ekipa Orbana nie ma politycznego interesu, by ich ratować, prezydent boi się własnych kłopotów, a nowa większość parlamentarna zapowiada twardy kurs. Okno możliwości, jeśli w ogóle się otworzyło, zamyka się bardzo szybko. Kolejne tygodnie pokażą, czy Ziobro i Romanowski zdecydują się sięgnąć po tę ostatnią deskę ratunku, czy raczej będą musieli pogodzić się z powrotem do kraju.


