in

Koalicja w największym kryzysie od 2023 roku. „Wszystko się zaczęło sypać”

Cztery głośne sprawy w kilka tygodni mocno zachwiały partią Donalda Tuska. Politycy są wściekli, a winnych szukają we własnych szeregach.

wojna w polsce gdzie uciekać
Fot. Depositphotos

Największa partia rządzącej koalicji od tygodni nie może złapać oddechu. Jej politycy mówią o tym półgłosem, a kilku nie kryje już złości, bo zamiast o programie codziennie rozmawiają o cudzych grzechach. To, co dzieje się wewnątrz Koalicji Obywatelskiej, przypomina reakcję łańcuchową, której nikt nie umie zatrzymać. A na horyzoncie majaczą już kolejne wybory. Afera, którą cały kraj żyje od kilku dni, zaczęła się po publikacjach portalu Zero.pl.

Koalicja Obywatelska gasi pożary na czterech frontach. Ta afera może ją zaboleć tuż przed wyborami

Nawet zeszłoroczna porażka prezydencka nie wpędziła Koalicji Obywatelskiej w takie tarapaty. Wtedy przegrała, ale trzymała się razem. Dziś coraz częściej obrywa od swoich. Adrian Zandberg wytknął jej spróchniałe struktury w terenie, a część polityków KO mu przyznaje.

Kłopoty nie ograniczają się do jednego miasta. Ciągną się od Aleksandrowa Kujawskiego, przez Śląsk, aż po Kraków i stolicę. Gdziekolwiek spojrzeć, coś się tli albo płonie. A reakcja partii przypomina raczej błądzenie po omacku niż gaszenie pożaru.

Każdą z tych spraw z osobna dałoby się przeczekać. Problem w tym, że nie chcą się kończyć i układają w jeden ciąg. Razem tworzą opowieść o formacji przeżartej układami i pychą. Właśnie ta opowieść jest najgroźniejsza.

Większość polityków KO nie kryje złości na tych, którzy ich w to wpakowali. Pytani o sprawę bezradnie rozkładają ręce. Niektórzy mówią wprost, że z taką krytyką trudno się nie zgodzić. Inni wściekają się, że świecą oczami za kogoś, kogo nie poznali.

Spóźniona reakcja i SMS-y w redakcjach

Kryzys wybuchł, a kierownictwo długo nie miało pomysłu. Po pierwszym tekście prasowym nie przygotowano nawet zarysu obrony. Politycy odpowiadali starym schematem: nie znam, nie wiem, nie orientuję się. Dopiero po tygodniu zrobili to, co trzeba było zrobić od razu.

Rozciąganie reakcji na dni najmocniej zaszkodziło partii. Wyglądało, jakby co rano sprawdzano, czy dotychczasowe ruchy wystarczą. Jeden z byłych działaczy KO ocenił, że wszyscy czekali na sygnał z góry, a gdy nadszedł, i tak wszystko się posypało. W partii narasta zniecierpliwienie, że w ogóle trzeba się tłumaczyć.

Do dziennikarzy bez przerwy spływają wiadomości tekstowe. Piszą je członkowie Koalicji, obciążając kolejnych kolegów. Wynika z nich, że ten czy inny polityk wydzwaniał do radnego i zjawiał się w szpitalu bez potrzeby medycznej. A już na pewno nie po to, by trafić na SOR.

Wewnętrzna wojna szybko się zaostrzyła. Jeden z rozmówców wskazał na prezydenta stolicy: czy to nie on chwalił się placówką i nie jego ludzie nią zarządzają? Inny przyznawał, że robi mu się niedobrze, gdy słyszy kolegów zaklinających się, że nic nie wiedzieli. Cała złość skupia się jednak na jednym, młodym człowieku.

Radny, lekarz i milioner w jednej osobie

Bohaterem afery jest Dawid Kacprzyk, dwudziestodziewięcioletni warszawski radny KO. Jako koordynator SOR w miejskim Szpitalu Południowym zarobił w rok około półtora miliona złotych. W jego oświadczeniu majątkowym widnieje ta kwota i Porsche Panamera. Trudno o lepszy materiał dla każdego, kto chce uderzyć w rząd.

Najbardziej zabolał jednak inny szczegół. Kacprzyk miał urządzić w szpitalu salonik dla VIP-ów, gdzie partyjnych znajomych przyjmowano poza kolejką. Mało co rozsierdza wyborców tak jak osobne wejście dla wybrańców w służbie zdrowia. Sprawa trafiła w fatalny moment, łącząc duże pieniądze z arogancją władzy.

Sam radny nie znaczył w polityce wiele, bo był z dzielnicy Ursus. Chętnie powoływał się jednak na legitymację partii Donalda Tuska. To wystarczyło, by całe ugrupowanie wzięło na siebie jego zachowanie. Politycy KO mówią o nim dziś bez krzty sympatii, słowami mocniejszymi niż „gówniarz”.

Znani działacze rzucili się do odcinania od kolegi. Od znajomości z Kacprzykiem odżegnali się Aleksandra Gajewska i Tomasz Siemoniak. Szef warszawskiej KO Marcin Kierwiński zapewnił, że nigdy nie korzystał z feralnego saloniku. Jeden z rozmówców gorzko dodał, że radnego nie zna ani nie leczy się w stolicy, a i tak za niego odpowiada.

Salonik widmo i walka o przetrwanie

Władze Warszawy bronią się nieprzekonująco, twierdząc, że żadnego saloniku VIP formalnie nie powołano. Z ich ustaleń wynika, że Kacprzyk samowolnie korzystał z pomieszczenia przyszpitalnego Centrum Chirurgii Kręgosłupa, a wątek bada audyt. Urzędnicy sprawdzają, kto nad tym miejscem czuwał, a ustalenie, kto w nim bywał, zostawiają prokuraturze. Z tych tłumaczeń płynie jeden wniosek: nikt nie pilnował, co dzieje się w szpitalu.

Rozeszła się też wieść, że radnego szykowano na wiceszefa szpitala podległego MSWiA. Resortem tym kieruje Marcin Kierwiński, sekretarz generalny partii i jeden z najbliższych ludzi Tuska. To z nim łączono błyskawiczną karierę Kacprzyka i wsparcie w młodzieżówce. Wielu rozmówców dodaje, że młody działacz bywał arogancki, więc dwa lata temu Kierwiński miał zablokować jego start do Rady Warszawy.

Sprawa postawiła pod ścianą dwóch ważnych ludzi partii. Z jednej strony stoi szef ugrupowania w mieście Kierwiński, z drugiej nadzorujący szpital prezydent Rafał Trzaskowski. Obaj chcą wyjść z awantury bez szwanku, pilnując przede wszystkim własnego interesu. Stawka jest wysoka, bo wojna w tej strukturze odbija się echem w kraju.

Warszawska KO to przy tym najsilniejsza struktura partii. Wywodzą się z niej marszałkini Senatu Małgorzata Kidawa-Błońska, minister finansów Andrzej Domański, wiceministra pracy Aleksandra Gajewska i europoseł Michał Szczerba, a ze stolicy startuje też sam Donald Tusk, sercem związany z Gdańskiem i Sopotem. Pod presją kierownictwo zadziałało: Trzaskowski odwołał władze szpitala, Kacprzyk zwrócił pół miliona złotych i odszedł z pracy, a Kierwiński odebrał mu legitymację. Doświadczeni politycy KO nie mają złudzeń, że to sam Tusk przycisnął obu do działania, bo każdy ratuje własną skórę.

A za poprzedniej władzy było gorzej

Pod koniec tygodnia w partii coraz częściej słychać było jedną linię obrony. Sprowadza się do przypomnienia, że za rządów PiS podobnych historii było więcej. Taka strategia ma odsunąć od KO odium źródeł patologii. Trudno odmówić jej ziarna prawdy, bo przykładów z przeszłości nie brakuje.

Pamięć podsuwa choćby kule, które prezesowi PiS pod dom na Żoliborzu dowoził dyrektor szpitala. Dochodzą dwa lata na intensywnej terapii, które spędził tam mąż marszałek Elżbiety Witek. Osobny rozdział to czterysta tysięcy złotych zarobione przez Stanisława Karczewskiego w szpitalu, w którym wziął bezpłatny urlop. Najbliższy obecnej aferze przykład to Garwolin, gdzie szpitalem kieruje radny PiS.

Zarobił on w zeszłym roku ponad milion złotych, choć jego placówka tonie w długach na dwadzieścia pięć milionów. Problem w tym, że takie porównania nie działają na elektorat Koalicji. Jej wyborcy doskonale pamiętają nieprawidłowości poprzedniej ekipy. Pod hasłami sprzątania po tłustych kotach PiS partia szła kiedyś po władzę.

Tymczasem jeden zaradny radny sprawił, że na rok przed wyborami Polacy machają ręką i mówią, że wszyscy są siebie warci. To dla partii Tuska cios groźniejszy niż dla konkurencji. Twardy elektorat PiS pozostaje niewzruszony aferami swojej formacji. Wyborca Koalicji, poza wąską grupką najwierniejszych, zwyczajnie się nimi brzydzi.

Aleksandrów i Kraków. Lista się nie kończy

Warszawska afera nie jest jedynym pożarem partii. Niedawno wyleciał z niej Tomasz Lenz, wieloletni baron KO z Kujaw i Pomorza, akceptowany w Toruniu i w Bydgoszczy. Stracił ją, gdy w niedzielę pojechał na SOR w Aleksandrowie ze znajomym lekarzem, by poza kolejką załatwić zabieg dla bliskiej osoby. Później wyjawił, że chodziło o dziecko, a kontrola wykazała nieprawidłowości i obciążyła szpital karą ponad stu trzydziestu tysięcy złotych.

Druga odsłona rozegrała się w Krakowie. Po przegranym referendum rozwiązano tam całą lokalną strukturę, na której czele stał odwołany prezydent miasta Aleksander Miszalski. Długo nie przyjmował porażki do wiadomości, a do ratusza wszedł z brygadą kolegów, którym chciał dać szansę. Wśród nich znalazł się działacz młodzieżówki i kolega Kacprzyka, Kamil Kociołek.

Kociołek wystawił miastu faktury na ćwierć miliona złotych za kilka miesięcy pracy. Tłumaczono, że młody prawnik jest niezbędny, choć urząd zatrudniał już trzydziestu sześciu innych, a on miał pracować po szesnastej. Podobnie jak w stolicy, także tu pojawiły się rachunki za spotkania, na których go nie było. Krakowscy działacze przyznają, że to kolesiostwo i podwyżki biletów wypchnęły mieszkańców do referendum.

Wszystkie te sprawy szły tym samym torem. Najpierw partia czekała, potem łudziła się, że jakoś przejdzie, aż działała o dzień za późno. Sprawa Lenza wyglądała identycznie jak ta krakowska czy warszawska. Ten powtarzalny schemat boli partyjne doły najbardziej.

Śląsk i rachunek, który wystawi Tusk

Najmniej nagłośniony, lecz groźny front to Śląsk. Prokuratura Europejska chce odebrać immunitet posłowi KO Wojciechowi Królowi. Zarzuty dotyczą korupcji czynnej i biernej, czyli wręczania i przyjmowania łapówek. W tle stoi rozbudowa tramwajów Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii, warta prawie dwa miliardy złotych, w części z funduszy UE.

Unijni śledczy podejrzewają posła o przekazywanie informacji firmie faworyzowanej w przetargu. Padły też zarzuty zawyżania kosztów i zatwierdzania prac, które istniały tylko na papierze. Króla odwołano z funkcji wiceszefa regionu, a z partii odszedł były wiceprezydent Chorzowa Marcin M., zatrzymany przez CBA w kwietniu. Lider śląskiej KO, marszałek Wojciech Saługa, tłumaczył te decyzje ochroną wiarygodności formacji.

Cztery takie historie w kilka tygodni potrafią przygnieść każde ugrupowanie. Wyborców nie obchodzi argument, że to zaledwie czterech ludzi z dwudziestu tysięcy członków. Część polityków zrzuca winę na powrót do władzy po latach i tłum nowych głodnych, którym się zdaje, że wolno im wszystko. Tyle że Lenza trudno nazwać nowicjuszem, a w Warszawie ludzie partii rządzą od dwudziestu lat i nie głodowali.

Tu tkwi sedno problemu Koalicji Obywatelskiej. Twardy elektorat PiS przełyka afery własnej formacji, a wyborca Tuska oczekuje, że jego partia będzie tą lepszą. Dlatego potępienie spada na nią ze zdwojoną siłą, a Donald Tusk musi zareagować szybko i twardo. Kampania ruszy najpóźniej wiosną, a wyborcy chcą do tego czasu pewności, że partia pozbyła się czarnych owiec.

najstarszy zespół disco polo w polsce

Oto najstarszy zespół disco polo. Jego przeboje nuci do dziś cała Polska

ile kosztuje występ gwiazdy disco polo na weselu

Gwiazdy disco polo na weselu? Ceny niektórych artystów wgniatają w fotel