Kraków żyje zbliżającym się referendum, które może całkowicie zmienić polityczny krajobraz miasta. 24 maja mieszkańcy zdecydują o losach prezydenta Aleksandra Miszalskiego, a najnowsze dane sondażowe rysują obraz sytuacji, którego włodarz grodu Kraka wolałby raczej nie oglądać.
Niecałe dwa lata po objęciu urzędu Miszalski mierzy się z falą niezadowolenia, jakiej nie przewidział chyba nikt. Pod wnioskiem o referendum podpisało się niemal 134 tysiące krakowian. To liczba, która mówi więcej niż jakikolwiek sondaż.
Kraków szykuje się na polityczne trzęsienie. Sondaż nie pozostawia złudzeń
Emocje narastały od miesięcy, a teraz osiągają punkt kulminacyjny. Inicjatorzy referendum formułują wobec prezydenta szereg zarzutów, od kwestii finansowych po styl sprawowania władzy. Sam Miszalski traktuje całą sytuację jako próbę rewanżu ze strony politycznych konkurentów. Według niego to swoista „dogrywka” wyborów samorządowych, które wygrał w drugiej turze.
Mieszkańcy stolicy Małopolski nie są jednak tak pobłażliwi w swoich ocenach. Atmosfera przed głosowaniem gęstnieje z każdym dniem, a kolejne dane podsycają dyskusję. Kraków znalazł się w sytuacji, w której napięcie polityczne przekłada się na realne działania obywatelskie. Skala mobilizacji zaskakuje nawet doświadczonych obserwatorów lokalnej polityki.
Wszystko rozstrzygnie się 24 maja, ale już teraz widać, że to głosowanie będzie miało ogromne znaczenie. Niezależnie od wyniku, tak masowy ruch obywatelski zmienia reguły gry w krakowskiej polityce. Prezydent Miszalski musi się liczyć z werdyktem mieszkańców. Pytanie brzmi: czy frekwencja wystarczy, by referendum okazało się wiążące.
Sondaż OGB przesądza sprawę
Badanie przeprowadzone w kwietniu przez OGB przynosi twarde liczby, które nie napawają optymizmem obozu prezydenckiego. Udział w referendum deklaruje 65,37 proc. ankietowanych krakowian. To wynik, który przy odpowiedniej mobilizacji może oznaczać przekroczenie wymaganego progu frekwencyjnego. Przypomnijmy: aby głosowanie było ważne, do urn musi pójść co najmniej 158 555 osób, czyli nie mniej niż trzy piąte wyborców z ostatnich wyborów prezydenckich.
Tylko 34,63 proc. badanych zapowiada, że w referendum nie weźmie udziału. To stosunkowo niewielka grupa, biorąc pod uwagę, że referenda lokalne zwykle cierpią na niską frekwencję. Kraków wyraźnie odbiega od tego schematu. Zainteresowanie głosowaniem jest wyjątkowo duże.
Spośród osób deklarujących udział aż 88,01 proc. zamierza zagłosować za odwołaniem Miszalskiego. Jedynie 11,99 proc. opowiada się za tym, by prezydent pozostał na stanowisku. Proporcje te są miażdżące i nie dają pola do interpretacji na korzyść urzędującego włodarza. Jeśli te deklaracje przełożą się na rzeczywiste głosy, los Miszalskiego na fotelu prezydenckim wydaje się przesądzony.
Sondaż OGB potwierdza też szersze niezadowolenie z kierunku, w jakim zmierza Kraków. Aż 57,99 proc. ankietowanych uważa, że miasto podąża złą drogą. Zaledwie 21,67 proc. badanych pozytywnie ocenia kierunek rozwoju stolicy Małopolski. Te dane tworzą spójny obraz głębokiego kryzysu zaufania do władz miasta.
Lista zarzutów jest długa, a oceny bezlitosne
Działalność Aleksandra Miszalskiego spotyka się z ostrą krytyką większości ankietowanych. 55,47 proc. respondentów ocenia ją negatywnie. Z tej grupy 32,82 proc. wystawia ocenę „bardzo źle”, a 22,65 proc. mówi „raczej źle”. To ponad połowa badanych, która wprost wyraża swoje rozczarowanie prezydentem. Pozytywnie o pracy Miszalskiego wypowiada się zaledwie 20,45 proc. krakowian, w tym 6,76 proc. ocenia ją „bardzo dobrze”, a 13,69 proc. „raczej dobrze”.
Inicjatorzy referendum nie szczędzą Miszalskiemu konkretnych zarzutów. Wskazują na rosnące zadłużenie miasta i zarzucają mu faworyzowanie bliskich współpracowników kosztem kompetencji. Podnoszą też kwestię audytu przeprowadzonego po przejęciu władzy od poprzednika Jacka Majchrowskiego, który w ich ocenie został przeprowadzony w sposób nieprofesjonalny. Lista pretensji nie kończy się na kwestiach merytorycznych.
Wśród zarzutów pojawia się też niespełnienie obietnic wyborczych oraz sprawowanie urzędu w sposób niegodny. Ten ostatni zarzut odnosi się między innymi do głośnego incydentu, gdy Miszalski tańczył na dachu magistratu do utworu zawierającego wulgarne słowa. Epizod ten stał się symbolem tego, co krytycy prezydenta uważają za brak powagi i szacunku wobec sprawowanej funkcji.
Sam Aleksander Miszalski prezentuje zgoła inną interpretację wydarzeń. Prezydent Krakowa twierdzi, że próba jego odwołania to polityczna rozgrywka przeciwników, którzy nie pogodzili się z wynikiem wyborów samorządowych. Miszalski wygrał je w drugiej turze i uważa referendum za formę przedłużenia tamtej rywalizacji. Czy mieszkańcy podzielą jego punkt widzenia, okaże się już 24 maja.


