Środa 18 grudnia miała być dniem rutynowych obrad Komisji Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Środków Przekazu. Nikt nie spodziewał się, że posiedzenie zakończy się skandalicznym incydentem, który wywołał lawinę komentarzy w środowisku politycznym. Atmosfera w sali obrad stopniowo się zagęszczała, a napięcie rosło z każdą minutą. To, co miało być zwykłą procedurą parlamentarną, przerodziło się w polityczne starcie, które ostatecznie wymknęło się spod kontroli.
Burza na Komisji Kultury. Poseł PiS opuścił salę i obrażał obecnych
Na porządku dziennym znalazł się wniosek o odwołanie posła Piotra Adamowicza z funkcji przewodniczącego komisji. To właśnie ten punkt programu stał się zarzewiem konfliktu, który zakończył się w sposób niemający precedensu w historii prac tego gremium. Polityczne emocje sięgnęły zenitu, gdy po głosowaniu jeden z doświadczonych parlamentarzystów postanowił opuścić salę w demonstracyjny sposób.
Wszystko zaczęło się od wystąpienia Piotra Glińskiego, który w imieniu klubu Prawa i Sprawiedliwości przedstawił szereg zarzutów wobec obecnego przewodniczącego. Były wicepremier nie szczędził ostrych słów, twierdząc, że Adamowicz nie szanuje fundamentalnych zasad demokratycznych. Szczególnie bolało polityków opozycji to, że najliczniejsza grupa w parlamencie nie posiada swojej reprezentacji w prezydium komisji.
Gliński przedstawił długą listę pretensji. Mówił o sytuacjach, gdy parlamentarzyści nie mogli dostać się do gmachu Sejmu, przypominał środowe wydarzenia, podczas których – jego zdaniem – z trybuny sejmowej padły obelgi pod adresem Karola Nawrockiego. Polityk ubolewał, że ani marszałek Sejmu, ani posłowie Koalicji Obywatelskiej nie zareagowali na te słowa. Według niego takie praktyki przenikają następnie do pracy komisji.
Katalog zarzutów i gorąca debata
Były wicepremier kontynuował swoją argumentację, wskazując na odbieranie prawa głosu, arbitralne skracanie wystąpień oraz zamykanie obrad w politycznie dogodnych momentach. Przekonywał, że w takich warunkach niemożliwe jest prowadzenie debaty na odpowiednim poziomie. Dodatkowo zarzucił, że komisja ignoruje wnioski opozycji o zwoływanie specjalnych posiedzeń, a do głosu dopuszczane są osoby, które odchodzą od merytorycznej dyskusji.
Jednym z najgorętszych tematów okazała się sprawa wyjazdu parlamentarzystów do szwajcarskiego Rapperswil. Gliński określił tę podróż mianem politycznej prowokacji. Oskarżył obecnych, że unikają podjęcia formalnej decyzji w tej sprawie, ponieważ – jak stwierdził – boją się i wstydzą. Bronił jednocześnie zakupu hotelu Schwanen, twierdząc, że nie można udowodnić żadnych nieprawidłowości w tamtych decyzjach. Odpowiedzialność za to, że obiekt od dwóch lat stoi pusty, przerzucił na obecną władzę.
Sytuacja zaostrzyła się, gdy były wicepremier chciał oddać głos posłance Joannie Lichockiej. Urszula Augustyn, która prowadziła obrady w związku z wnioskiem dotyczącym Adamowicza, nie wyraziła na to zgody. Gliński odebrał to jako potwierdzenie swoich wcześniejszych tez o łamaniu procedur. Augustyn zapewniła wprawdzie wnioskodawcę, że może dokończyć swoją wypowiedź, ale zapowiedziała jednocześnie, że po wystąpieniu strony popierającej wniosek nastąpi głos przeciwników, a następnie głosowanie.
Przerwana dyskusja i dramatyczny finał
Ta zapowiedź wywołała protest ze strony polityków Prawa i Sprawiedliwości. Marek Suski wraz z innymi posłami swojego klubu zaczęli domagać się pełnej dyskusji nad wnioskiem. Gliński kontynuował swoje wystąpienie, oskarżając przewodniczącego o wykluczanie członków komisji, a nawet prezydium w sytuacjach dla niego niewygodnych. Jako ostatni argument podniósł kwestię, że komisja nie realizuje swojej kontrolnej funkcji wobec instytucji wykonawczych, w tym resortu kultury. Po tych słowach ogłoszono przerwę.
Kiedy obrady wznowiono, Augustyn stwierdziła, że Gliński na każdym posiedzeniu wygłasza długie przemówienia. Po przedstawieniu wszystkich argumentów byłego wicepremiera doszło do ostrego sporu o kontynuację debaty. Wojciech Król z Koalicji Obywatelskiej złożył formalny wniosek o natychmiastowe przystąpienie do głosowania. Uzasadniał to tym, że obywatele oczekują od parlamentarzystów pracy merytorycznej, a nie sporów personalnych dotyczących sposobu prowadzenia posiedzeń przez Adamowicza.
Za wnioskiem o przejście do głosowania opowiedziało się szesnastu posłów, jedenastu było przeciw, nikt się nie wstrzymał. Decyzja ta oznaczała, że debata nie odbędzie się. To właśnie w tym momencie doszło do skandalu. Suski, wyraźnie rozgoryczony takim obrotem sprawy, wstał od stołu i oznajmił, że opuszcza posiedzenie komisji. Dodał przy tym, że z „debilami” nie można współpracować. Żegnając się z obecnymi, jeszcze raz użył tego obraźliwego określenia.
Incydent natychmiast wywołał falę komentarzy. Senator Ryszard Brejza z Koalicji Obywatelskiej ocenił zachowanie posła jako przejaw wirusa chamstwa i agresji, który opanował polityków formacji. Zastanawiał się retorycznie, czego jeszcze można się spodziewać po takich zachowaniach. Ostatecznie wniosek o odwołanie Adamowicza nie uzyskał wymaganej liczby głosów i przewodniczący pozostał na swoim stanowisku.


