Początek nowego roku przyniesie nauczycielom nominalny wzrost pensji. Ustawa budżetowa została już przyjęta, a ministerstwo może pochwalić się konkretnymi liczbami. Dla wielu pedagogów to jednak powód do gorzkich refleksji, nie do świętowania. Gdy przyjrzeć się bliżej matematyce stojącej za tymi liczbami, entuzjazm szybko opadnie.
Pensje nauczycieli w górę? To złudzenie, które szybko pryśnie
Nauczyciele od lat walczą o godne warunki płacowe i uznanie dla swojej pracy. Rząd zapewnia, że podejmuje działania mające poprawić sytuację tej grupy zawodowej. Rzeczywistość może jednak okazać się zupełnie inna niż obietnice. Tym razem diabeł tkwi w szczegółach ekonomicznych.
Nowe stawki wynagrodzenia minimalnego będą wyglądać następująco: pedagog początkujący otrzyma 5308 złotych, co oznacza wzrost o 155 złotych w stosunku do obecnych 5153 złotych brutto. Nauczyciel mianowany zarobi 5469 złotych, czyli o 159 złotych więcej niż dotychczasowe 5310 złotych.
Najbardziej doświadczeni pedagodzy dyplomowani mogą liczyć na 6397 złotych, podczas gdy obecnie otrzymują 6211 złotych brutto. To oznacza podwyżkę rzędu 186 złotych dla najstarszych stażem. To spowoduje przy okazji, że nie tyle nie zyskają wiele, ale też sporo stracą. Dlaczego? Znaczna część nauczycieli już teraz wpada w II próg podatkowy, który nie był od dawna waloryzowany. To oznacza konieczność zapłacenia nie 12, a 32% podatku dochodowego.
Inflacja zjada podwyżkę niemal w całości
Problem pojawia się, gdy zestawimy te wzrosty z prognozowaną inflacją. Ekonomiści szacują, że wskaźnik CPI w przyszłym roku osiągnie poziom około 2,9-3,0 procent. Matematyka jest bezlitosna – trzyprocentowa podwyżka przy takiej inflacji daje realny wzrost wynagrodzeń na poziomie zaledwie 0-0,1 procent.
W praktyce oznacza to, że nauczyciele mogą zyskać realnie około zero do sześciu złotych brutto miesięcznie, w zależności od stopnia awansu zawodowego. Trudno mówić o prawdziwej poprawie sytuacji materialnej przy tak symbolicznych kwotach. Podwyżka ma głównie jeden cel – nie pozwolić, by pensje pedagogów spadły realnie poniżej poziomu inflacji.
Związki zawodowe nauczycieli nie kryły rozczarowania przyjętymi rozwiązaniami. Na nauczycielskich grupach w mediach społecznościowych pojawiają się memy i żarty na temat tego, jak bogato będą żyć po styczniowej podwyżce. Pani Maria, jedna z nauczycielek, nie ukrywa rozczarowania: według niej to tak naprawdę nie są żadne podwyżki. Inny pedagog określa sytuację jeszcze mocniej – jako kpinę.
Ministerstwo chwali się wzrostem od 2023 roku
Ministerstwo Edukacji Narodowej broni się statystykami z dłuższego okresu. Wiceministra Katarzyna Lubnauer podkreśliła, że patrząc przez pryzmat 2023 roku, pensje nauczycieli wzrosły o około 41-44 procent. Resort przypomina szczególnie o podwyżkach sprzed dwóch lat, które wyniosły około 30-33 procent.
Nauczyciele patrzą jednak przede wszystkim w przyszłość i zerkają do swoich portfeli. Wciąż czekają na powiązanie ich wynagrodzeń z konkretnym wskaźnikiem w gospodarce, co zapewniłoby stabilność i przewidywalność zarobków. Ministerstwo deklaruje, że taki mechanizm ma zostać wprowadzony do końca obecnej kadencji rządu, jednak na razie pozostają to jedynie zapowiedzi bez konkretnych terminów i rozwiązań.


