Nikt nie spodziewał się tak druzgocących wniosków. Kiedy ekonomiści z ośrodka badawczego GRAPE zakończyli swoją ekskluzywną analizę przygotowaną dla Biznes Enter, nawet najbardziej sceptyczni obserwatorzy polskiej gospodarki musieli złapać się za głowy. To, co wyłania się z najnowszych danych i prognoz, przechodzi najczarniejsze scenariusze sprzed dekady.
Polska zmierza ku katastrofie. Eksperci właśnie ujawnili, co nas czeka za kilkadziesiąt lat
Przez ostatnie trzydzieści lat nad Wisłą panowała atmosfera optymizmu. Polska była stawiana za wzór transformacji, nazywana „zieloną wyspą” i europejskim liderem wzrostu gospodarczego. Media rozpisywały się o sukcesach, inwestorzy chwalili dynamikę rozwoju, a obywatele z roku na rok odczuwali poprawę poziomu życia. Pod tą błyszczącą powierzchnią przez cały czas narastał jednak problem, który teraz zaczyna wymykać się spod kontroli.
Adam Suraj, analityk GRAPE, w rozmowie z Biznes Enter nie owija w bawełnę. Jego słowa brzmią jak wyrok dla całego pokolenia Polaków, którzy dopiero wchodzą w dorosłość. Eksperci zgodnie twierdzą, że to, z czym przyjdzie się zmierzyć naszemu krajowi, nie ma precedensu w nowożytnej historii. Najgorsze wieści dopiero nadchodzą.
Paliwo, które przez dekady napędzało polską gospodarkę, właśnie się wyczerpuje. Mowa o kapitale ludzkim, czyli mówiąc prościej – o ludziach zdolnych do pracy, płacenia podatków i napędzania konsumpcji. Model ekonomiczny stworzony przez noblistę Roberta Solowa jest w tej kwestii bezlitosny. Wzrost PKB w długim okresie zależy od dwóch fundamentalnych czynników: wzrostu produktywności oraz wzrostu liczby rąk do pracy.
Przez lata demografia działała na korzyść Polski. Na rynek pracy wchodziły kolejne wyże demograficzne, przedsiębiorcy mieli z kogo wybierać, a system emerytalny funkcjonował względnie stabilnie. Ten mechanizm właśnie zaczyna działać w odwrotnym kierunku i to z siłą, której większość Polaków nie jest w stanie sobie wyobrazić.
Według danych Głównego Urzędu Statystycznego, w 2023 roku Polska dysponowała armią 22 milionów osób w wieku produkcyjnym. Ta potężna siła robocza stanowiła fundament gospodarczego sukcesu ostatnich lat. Do 2060 roku ta armia skurczy się jednak o 7 milionów ludzi, spadając do zaledwie 15,1 miliona. Eksperci mówią wprost o „demobilizacji” na skalę niespotykaną w dziejach naszego kraju.
Populacja stopnieje o 40 procent – co to oznacza w praktyce
Twarde dane demograficzne brzmią jak scenariusz filmu katastroficznego. W 2023 roku Polskę zamieszkiwało około 37,6 miliona osób. Według centralnej prognozy ONZ, na którą powołuje się Adam Suraj z GRAPE, w 2040 roku będzie nas już tylko 35,3 miliona. To jednak zaledwie początek lawiny.
W 2060 roku populacja skurczy się do 30,3 miliona, by w 2080 roku osiągnąć poziom 24,2 miliona mieszkańców. Analityk GRAPE wskazuje, że oznacza to spadek liczby ludności o 40 procent w ciągu niespełna sześciu dekad. Najświeższe prognozy Ministerstwa Finansów są jedynie odrobinę bardziej optymistyczne i zakładają, że za 60 lat Polaków będzie około 27 milionów, co i tak oznaczałoby ubytek rzędu 10 milionów osób.
Aby uzmysłowić sobie skalę tego zjawiska, wystarczy wyobrazić sobie, że z mapy Polski znikają całe województwa: mazowieckie, śląskie, wielkopolskie i małopolskie. Trzynaście milionów konsumentów, podatników i pracowników po prostu przestanie istnieć. Sklepy stracą klientów, firmy stracą pracowników, a budżet państwa straci wpływy podatkowe.
Sam spadek liczby ludności to jednak zaledwie połowa problemu. Znacznie groźniejsza dla stabilności makroekonomicznej okazuje się struktura wiekowa społeczeństwa. Adam Suraj ostrzega, że mediana wieku wzrośnie o ponad jedną trzecią. W 2023 roku wynosiła ona 41,3 roku, co oznaczało, że połowa Polaków była młodsza, a połowa starsza od tego wieku. Już na początku lat czterdziestych XXI wieku co drugi Polak będzie miał ponad 50 lat. W 2080 roku mediana przebije 55 lat. Polska stanie się, jak określają to eksperci, domem starców Europy.
Ile naprawdę stracimy na demograficznym krachu?
Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju opublikował zaledwie kilka tygodni temu raport „Transition Report 2025-26″, w którym analitycy sprawdzili, jak silnie spadek odsetka osób w wieku produkcyjnym obniży trajektorie wzrostu PKB na mieszkańca w poszczególnych krajach. Wyniki dla Polski są zatrważające.
Zgodnie z wyliczeniami ekonomistów EBOR, w scenariuszu bazowym zmiany demograficzne obniżą roczne tempo wzrostu PKB na mieszkańca w Polsce w latach 2050-2100 o 0,22 punktu procentowego. W scenariuszu pesymistycznym spadek wyniesie aż 0,71 punktu procentowego. Te liczby mogą wydawać się niewielkie, ale ich długoterminowe konsekwencje są druzgocące.
Adam Suraj z GRAPE tłumaczy mechanizm tej klątwy procentu składanego. Gdyby w ciągu najbliższych 50 lat tempo wzrostu PKB per capita wynosiło 2 procent, za pół wieku byłby on 2,7-krotnie wyższy niż obecnie. Jeżeli natomiast tempo wzrostu wynosiłoby 2,22 procent, czyli bez ubytku spowodowanego demografią, za pięć dekad Polacy cieszyliby się 3-krotnie wyższym PKB na mieszkańca, a dochody byłyby o około 11 procent wyższe.
Przy PKB per capita mniejszym o 0,7 punktu procentowego rocznie, w horyzoncie życia jednego pokolenia Polacy mogliby stracić ogromną część potencjalnego dobrobytu – dokładnie połowę tego, co mogliby osiągnąć w innych okolicznościach. Dwuprocentowy wzrost daje w długim terminie prawie dwukrotnie większy efekt niż wzrost na poziomie 1,3 procent, mimo że różnica w tempie rocznym to tylko 0,7 punktu.
Pesymistyczny model EBOR bazuje na założeniu, że współczynnik dzietności będzie niższy o 0,5 dziecka na kobietę w porównaniu ze średnim wariantem ONZ, który dla naszego regionu wynosi 1,3-1,6 urodzeń. Problem polega na tym, że nad Wisłą ta demograficzna zapaść jest już rzeczywistością. Po pierwszych trzech miesiącach 2025 roku współczynnik dzietności w Polsce wyniósł zaledwie 1,03, co jest poziomem najniższym w powojennej historii kraju i jednym z najniższych w całej Europie. Marek Rozkrut, ekonomista EY, potwierdził ten alarmujący trend w wywiadzie z Biznes Enter.
Dlaczego sztuczna inteligencja nas nie uratuje?
W publicznej debacie często pojawia się argument technologicznych optymistów. Według nich nie ma powodu do obaw, ponieważ roboty i sztuczna inteligencja zastąpią brakujące ręce do pracy. Ta kusząca wizja nie wytrzymuje jednak konfrontacji z badaniami naukowymi.
Profesor Joanna Tyrowicz, członkini Rady Polityki Pieniężnej i współzałożycielka GRAPE, wraz z Krzysztofem Makarskim i Magdą Malec oszacowali w przełomowej analizie z 2019 roku, jakiego skoku technologicznego potrzebowałaby Polska, aby zrównoważyć ubytki demograficzne. Wnioski są otrzeźwiające.
Badacze przyjęli optymistyczne założenie, że dzietność ustabilizuje się na poziomie 1,3. Nawet przy takim scenariuszu, aby skompensować wpływ demografii na dochody budżetowe samym tylko wzrostem produktywności, Polska musiałaby być świadkiem cudu technologicznego. Zastąpienie wzrostu dzietności do poziomu 1,9 wymagałoby tempa wzrostu produktywności na poziomie aż 2,6 procent rocznie. Naukowcy określają ten poziom jako „skrajnie nierealistyczny” w polskich warunkach.
Adam Suraj powołuje się na najnowsze szacunki Komisji Europejskiej, zgodnie z którymi roczne tempo wzrostu produktywności osiągnie maksimum na poziomie około 1,8 procent w 2030 roku, po czym zacznie stopniowo spadać do około 0,8 procent w 2070 roku. Spowolnienie to wynika z faktu, że polska gospodarka będzie stopniowo zbliżać się do technologicznej granicy rozwoju. Obecnie Polska pozostaje zapóźniona względem najbardziej rozwiniętych gospodarek Zachodu, co pozwala relatywnie niskim kosztem adaptować zagraniczne technologie. Wraz z domykaniem się tej luki możliwość ta stopniowo wygaśnie.
EBOR wskazuje co prawda, że w gospodarkach należących do Unii Europejskiej wzrost produktywności wynikający z wdrażania sztucznej inteligencji może zrównoważyć średnio około połowę spadku wzrostu PKB per capita spowodowanego czynnikami demograficznymi. Jest jednak istotny haczyk. Dotyczy to wyłącznie scenariusza „wysokiego wpływu”. W scenariuszach o niższym wpływie rola sztucznej inteligencji będzie marginalna wobec presji demograficznej.
Polska musiałaby przejść gruntowną transformację technologiczną, a tymczasem kraj pozostaje w tyle nawet za Europą Zachodnią. W 2024 roku średnio tylko 9 procent firm w regionie deklarowało wykorzystanie sztucznej inteligencji, podczas gdy w Niemczech czy Francji odsetek ten wynosił 18 procent. Europa Zachodnia sama pozostaje zaś daleko za Stanami Zjednoczonymi.
Migracja nie załatwi problemu
Skoro technologia nie jest odpowiedzią, może rozwiązaniem jest masowa imigracja? Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju poświęca temu zagadnieniu dużo miejsca w swoim raporcie, ale wnioski są zbieżne z analizą GRAPE. Migracja to zaledwie plaster na głęboką ranę.
EBOR stwierdza wprost, że aby utrzymać obecny stosunek osób w wieku produkcyjnym do ogółu populacji, wiele gospodarek regionu musiałoby przyjmować rocznie imigrantów netto w liczbie przekraczającej 1 procent ich obecnej populacji. Dla Polski oznaczałoby to konieczność pozyskania około 380 tysięcy imigrantów netto rocznie, rok w rok, przez najbliższe dekady. Mowa o skali migracji, która jest politycznie i społecznie trudna do wyobrażenia nawet dla krajów o długiej tradycji imigracyjnej.
Konkurencja o talenty ma charakter globalny. Polska nie rywalizuje o pracowników tylko z sąsiadami, ale również z Niemcami, Wielką Brytanią czy Kanadą – krajami, które również się starzeją, ale oferują na ten moment wyższe płace.
Adam Suraj podkreśla również aspekt często pomijany w publicznej debacie. Migranci też się starzeją. Aby migracja trwale poprawiła strukturę demograficzną, musiałaby być procesem ciągłym i rosnącym wykładniczo, co w praktyce prowadziłoby do całkowitej przebudowy struktury etnicznej i społecznej kraju w ciągu dwóch pokoleń. To scenariusz, na który Polska nie jest gotowa ani pod względem infrastrukturalnym, ani mentalnym.
Nadchodzi era geriatrycznej demokracji
Ostatnim, być może najbardziej niepokojącym elementem tej układanki, jest stan finansów publicznych w starzejącym się społeczeństwie. Mechanizm jest prosty i destrukcyjny dla budżetu państwa.
Po pierwsze, rosną wydatki emerytalne. System emerytalny, choć teoretycznie zbilansowany, w praktyce staje się zakładnikiem polityki. Adam Suraj wskazuje, że rosnący udział osób starszych w elektoracie zwiększa presję na utrzymywanie realnej wartości świadczeń lub ich podwyższanie, nawet kosztem naruszenia równowagi finansów publicznych. Politycy potrafią liczyć głosy. Gdy mediana wieku wyborcy przekroczy 50 lat, żadna partia nie odważy się na reformy racjonalizujące wydatki socjalne. Interesy osób pracujących i innowacyjnych będą systemowo przegłosowywane przez beneficjentów świadczeń.
Po drugie, eksplodują koszty ochrony zdrowia i opieki długoterminowej. Osiemdziesięciolatek kosztuje system zdrowotny wielokrotnie więcej niż trzydziestolatek. Rachunek za tę opiekę spadnie na kurczącą się grupę osób aktywnych zawodowo. To prosta droga do drastycznego wzrostu opodatkowania pracy, co może wypychać młodych, mobilnych Polaków na emigrację i domykać błędne koło demograficznego kryzysu.
Analityk GRAPE zwraca również uwagę na międzynarodowe konsekwencje zapaści. O zamożności obywateli danego kraju decyduje przede wszystkim poziom produkcji w przeliczeniu na jednego mieszkańca. Podaje przykład Danii, której gospodarka według danych Banku Światowego jest ponad dwukrotnie mniejsza niż gospodarka Polski. Dania liczy jednak ponad sześć razy mniej mieszkańców, więc poziom życia przeciętnego Duńczyka jest wyraźnie wyższy niż przeciętnego Polaka.
Z perspektywy globalnej gospodarki kluczowe znaczenie ma całkowita wielkość produkcji. Chińczycy są średnio znacznie biedniejsi niż Duńczycy, jednak ze względu na ogromną skalę tamtejszej gospodarki, która według Banku Światowego jest ponad 44 razy większa od duńskiej, Chiny odgrywają znacznie większą rolę na arenie międzynarodowej. Kurczenie się polskiej populacji oznacza więc nie tylko biedniejszych obywateli, ale również marginalizację kraju w globalnym układzie sił.
Ekskluzywna analiza GRAPE wsparta danymi EBOR oraz badaniami profesor Joanny Tyrowicz nie pozostawia złudzeń. Polska gospodarka, pomimo sukcesów ostatnich lat, nieuchronnie wchodzi w najtrudniejszy okres w swojej nowożytnej historii. Scenariusz zakładający, że technologia lub imigracja rozwiążą problem, okazuje się myśleniem życzeniowym. Ubytek 40 procent populacji do 2080 roku, konieczność nierealistycznego wzrostu produktywności na poziomie 2,6 procent rocznie oraz potrzeba przyjmowania setek tysięcy imigrantów każdego roku – to wyzwania przekraczające możliwości jakiejkolwiek prostej korekty politycznej.
Polska stoi przed koniecznością redefinicji umowy społecznej, systemu podatkowego i modelu gospodarczego. Jeśli te tematy nie zostaną podjęte teraz, gdy kraj dysponuje jeszcze relatywnie silnym wzrostem gospodarczym, za dwie dekady może obudzić się w zupełnie innej rzeczywistości – starszej, biedniejszej i sfrustrowanej utraconymi szansami na dobrobyt.
Źródło: biznescenter.pl, GRAPE


