in ,

Chaos w służbie zdrowia. Pacjenci utkną w kolejkach na lata. Sporo z nich nie dożyje

NFZ zmienił zasady rozliczeń. Szpitale odwołują badania setkami, a pacjenci słyszą nowe terminy – za kilka tygodni albo za kilka miesięcy lub nawet lat.

narodowy fundusz zdrowia phishing
Fot. NFZ

Coś, co jeszcze niedawno wydawało się niemożliwe, właśnie dzieje się w polskich szpitalach. Cicha decyzja, jedno zarządzenie i nagle telefony w rejestracjach dzwonią bez przerwy. Po drugiej stronie słuchawki  – zdezorientowani pacjenci, którzy nie wiedzą, co ich spotkało. Za kulisami trwa operacja, której skutki odczują setki tysięcy Polaków.

Chaos w polskich szpitalach. Pacjenci dowiadują się o tym z dnia na dzień, a lekarze bezradnie rozkładają ręce

Narodowy Fundusz Zdrowia od miesięcy boryka się z problemem, który ekonomiści nazywają wprost: strukturalnym. To nie chwilowe zawirowanie, nie efekt jednego nieudanego roku ani pojedynczej decyzji. To skutek lat, w których wydatki rosły szybciej niż wpływy ze składek, a apetyt systemu na pieniądze okazał się większy niż możliwości polskich podatników.

W przyszłym roku dziura w kasie funduszu może sięgnąć nawet 23 miliardów złotych. Dla porównania — w bieżącym roku mówi się o kwocie rzędu 18–23 miliardów. Skala problemu rośnie, a horyzont rozwiązań pozostaje niepokojąco mglisty. Każde kolejne dotowanie z budżetu państwa przypomina zakładanie plastra na pękającą tamę.

Paweł Wojciechowski, ekonomista, który przygląda się finansom publicznym od lat, nie ma złudzeń. W rozmowie z Rynkiem Zdrowia ekspert tłumaczył, że mamy do czynienia z trwałym rozjechaniem się dochodów i wydatków systemu. Rosną koszty leczenia, pacjentów przybywa, oczekiwania są coraz większe — a pieniędzy ani o grosz więcej.

Kto ostatecznie zapłaci za dziurę?

Teoretycznie wyborów jest kilka. Można ograniczyć dostęp do świadczeń, można przykręcić śrubę pracownikom medycznym, można wreszcie sięgnąć głębiej do budżetu państwa. Wojciechowski zwraca uwagę, że w krótkim okresie politycy mogą zdecydować, kogo przycisnąć najbardziej. W długim okresie rachunek i tak rozłoży się na wszystkich — tak czy inaczej.

Dodatkową pułapką jest stabilizacyjna reguła wydatkowa, która obejmuje również fundusz. W praktyce oznacza ona, że każdy dodatkowy miliard na zdrowie musi zostać skądś zabrany albo wygenerowany z nowych wpływów. Nie ma darmowego obiadu — ani darmowej rezonansowej diagnostyki.

Formalnie NFZ nie może ogłosić bankructwa. Ma jednak w zanadrzu inne narzędzia, z których właśnie korzysta: ograniczanie finansowania, opóźnianie rozliczeń, niepokrywanie nadwykonań. Ekonomista podsumowuje to bez ogródek — dotowanie funduszu niczego nie rozwiązuje, a jedynie przesuwa problem w czasie. Z roku na rok, z kwartału na kwartał.

Telefon z rejestracji. „Pani termin został przełożony”

I właśnie tu kończy się teoria, a zaczyna bardzo konkretne życie. 31 marca prezes NFZ podpisał nowe zarządzenie dotyczące rozliczeń części badań diagnostycznych wykonywanych ponad limit. Zmiany weszły w życie z dnia na dzień — 1 kwietnia. Już następnego dnia pacjenci w całej Polsce zaczęli odbierać telefony, których nikt się nie spodziewał.

W powiatowym szpitalu w Puławach scenariusz powtarza się setki razy w miesiącu. Pacjenci umówieni na początek kwietnia słyszą, że badanie odbędzie się dopiero w maju — jeśli w ogóle. Na lokalnym forum w mediach społecznościowych jedna z kobiet zastanawiała się głośno, skąd pewność, że w nowym terminie pieniądze się znajdą, skoro dziś ich nie ma. Pytanie retoryczne. Nikt nie zna odpowiedzi.

Marek Paździor, dyrektor szpitala w Puławach, potwierdził ustalenia Wirtualnej Polski. Wcześniej fundusz po każdym kwartale wyrównywał rachunki, płacąc za faktycznie wykonane badania niezależnie od limitu. Od kwietnia reguły gry wywrócono do góry nogami. Szpital dostanie pieniądze dopiero w kwietniu następnego roku, i to tylko za połowę wartości świadczenia — w najlepszym razie 60 procent.

Z 900 badań miesięcznie do stu. Matematyka, która boli

Najbardziej uderza skala cięć. Miesięczny plan finansowy pracowni rezonansu w puławskim szpitalu wynosi 62 tysiące złotych. Tymczasem od początku roku do 12 marca przebadano tam tylu pacjentów, że koszt urósł do 1,1 miliona. Różnica mówi sama za siebie.

Do niedawna pracownia wykonywała nawet 800–900 rezonansów miesięcznie. Teraz dyrektor szacuje, że realnie mieści się w okolicach setki. To oznacza, że każdego miesiąca z kolejki wypada 700 do 800 osób. Ludzi, którzy czekali, planowali, organizowali dojazdy i zwolnienia z pracy — a teraz muszą zaczynać od nowa albo szukać pomocy prywatnie.

Paździor wyliczył, że gdyby utrzymał dotychczasowe tempo, pracownia rezonansu generowałaby około pół miliona złotych strat miesięcznie. Rocznie — sześć milionów. Samo utrzymanie urządzenia to osobny ból głowy. Rezonansu nie da się po prostu wyłączyć na weekend, bo system chłodzenia pracuje bez przerwy. Sam rachunek za prąd przekracza 30 tysięcy złotych miesięcznie.

Sprzęt za 7 milionów, który stoi niewykorzystany

Rezonans w Puławach jest nowy. Ma zaledwie trzy lata. Kosztował około 5 milionów złotych i został kupiony ze środków Funduszu Sprawiedliwości. Szpital dołożył kolejne 2 miliony z własnej kieszeni, żeby urządzić pracownię. Wcześniej placówka w ogóle nie miała swojego rezonansu — pacjenci musieli jeździć gdzie indziej.

Dyrektor Paździor przyznaje, że cała sytuacja jest patowa. Publiczna jednostka nie może szukać pieniędzy nigdzie indziej niż w NFZ, a fundusz obraca tylko tym, co wpłynie ze składek. Koło się zamyka, a w środku są pacjenci, lekarze i sprzęt kupiony z myślą o dziesiątkach tysięcy zdjęć rocznie.

Na tych zmianach fundusz chce zaoszczędzić 625 milionów złotych w skali roku. Tyle że są to oszczędności, za które ktoś zapłaci — i to dosłownie. Część pacjentów wyłoży 500–600 złotych z własnego portfela za prywatne badanie. Inni zaczną miesięczne oczekiwanie w nowych, wydłużonych kolejkach. Paździor zadaje pytanie, które zawisło nad całym zamieszaniem: czy akurat diagnostyka powinna być obszarem, na którym szuka się pieniędzy? Bez niej lekarze nie wiedzą, który pacjent może zaczekać, a który musi trafić na stół natychmiast.

Lublin: trzy miesiące i kontrakt wyparował

Wojewódzki Szpital Specjalistyczny w Lublinie dostał już własne wyliczenia. Jego dyrektor Piotr Matej zapowiedział, że przez kwiecień, maj, a prawdopodobnie także czerwiec nie będzie wprowadzał ograniczeń w liczbie badań. Druga połowa roku to już jednak zupełnie inna rozmowa. Matej mówi wprost o cichych działaniach płatnika, które zmuszają szpitale do robienia więcej za te same pieniądze — między innymi przez zmianę wyceny punktowej.

Kłopoty nie ograniczają się do diagnostyki. Jedna z lokalizacji lubelskiego szpitala, przy ulicy Herberta, wyrobiła już roczny limit na ortopedię i traumatologię narządu ruchu. Planowe operacje kolan i bioder nie są tam obecnie w ogóle wykonywane. Pacjenci muszą szukać pomocy w drugim budynku placówki. W ciągu trzech miesięcy wyczerpano kontrakt zaplanowany na dwanaście.

Sprawą zainteresował się lubelski poseł PiS Michał Moskal, który interweniował w Ministerstwie Zdrowia. Z resortu usłyszał, że wykonane zabiegi endoprotez były w większości planowe — sugestia brzmiała mniej więcej tak, że szpital sam powinien je lepiej rozłożyć w czasie. Moskal nie krył oburzenia. Jego zdaniem takie podejście sprowadza się do skazywania starszych, cierpiących osób na dodatkowe miesiące bólu.

„Jak szukanie lisa w kurniku”. Polityczna awantura zapowiedziana

Dyrektor Matej opisał obecną rzeczywistość zarządzających ochroną zdrowia wyjątkowo obrazowo — jako nieustanne wypatrywanie kolejnego zarządzenia prezesa NFZ i zgadywanie, co jeszcze się zmieni na gorsze. Nie brzmi to jak opis pracy menedżera w normalnie funkcjonującym systemie. Brzmi jak opis gaszenia pożarów.

Politycznej burzy nie dało się uniknąć. Prawo i Sprawiedliwość zapowiedziało wniosek o wotum nieufności wobec minister zdrowia Jolanty Sobierańskiej-Grendy. Poseł Przemysław Czarnek uzasadniał ten ruch absurdem sytuacji, w której rząd ogłasza rok 2026 rokiem profilaktyki, a jednocześnie ścina finansowanie badań profilaktycznych. Trudno o bardziej spektakularne zderzenie haseł z rzeczywistością.

Posłanka Katarzyna Sójka poszła jeszcze dalej, mówiąc wprost o kolejkach śmierci i konkretnych ludzkich dramatach rozgrywających się każdego dnia. Słowa ostre, ale w miastach i miasteczkach, gdzie pacjenci właśnie dowiadują się o przełożonych badaniach, brzmią znacznie mniej przesadnie niż na politycznej konferencji prasowej. System, który jeszcze kilka tygodni temu jakoś sobie radził, właśnie trzeszczy pod ciężarem deficytu — a rachunek wystawiają ci, którzy mieli być jego największymi beneficjentami.

Źródło: Wirtualna Polska

kryptowaluty jak zarabiać

Policja ostrzega. Nowa fala oszustw w całym kraju. Nabiera się prawie każdy

zostawiłem klucze w drzwiach

Robisz to po powrocie do domu z pracy? Złodzieje tylko na to czekają